kasik-wroc
16.05.14, 15:22
Jestem mamą drobniutkiego dwulatka. Wczoraj na podwórku spotkała mnie taka sytuacja. Synek bawi się z dziewczynką 9 miesięcy starszą, ale na oko 50% większą. Synek mówi "mama buju" i biegnie do huśtawki. Huśtawka jest jedna, synek jest przy niej pierwszy, ale zanim zdążę go posadzić podbiega dziewczynka i sobie jakby nic siada na tej huśtawce. Synek w ryk. Przychodzi mama dziewczynki, mówi jej że tak nieładnie, że chłopiec płacze, ale nic ponadto. Po chwili zaczyna bujać tą dziewczynkę na huśtawce. Ja w tym czasie próbuję synka uspokoić, proponuję mu karuzelę, zabawiam, odwracam uwagę. Synek szybko się uspokaja. I co, po sprawie bo już nikt nie płacze? Bo pozornie wszyscy są zadowoleni. Ale przecież to niesprawiedliwe!!
Gdyby sytuacja była odwrotna zmusiłabym synka do zejścia z huśtawki i oddania jej koleżance. Zawsze tak robię. Jeśli synek ewidentnie zabierze komuś zabawkę w piaskownicy, nawet jeśli zabierze ją roczniakowi, który generalnie ma to w głębokim poważaniu i specjalnie nawet nie protestuje też doprowadzam do tego, żeby ją oddał. Ja wiem, że przed moją interwencją był święty spokój - poszkodowany maluch nie protestuje głośno a mój zadowolony cieszy się zabawką. Po mojej interwencji synek zazwyczaj wrzaskiem i płaczem protestuje, a i niejednokrotnie maluch się też rozpłacze bo skoro inni płaczą to i on. No i matka popsuła błogi spokój. No ale przecież nie mogę pozwolić na to, żeby, jak to powiedzą niektórzy dzieci "same się dogadały", bo w tym wieku to zawsze kończy się regułą - silniejszy i większy ma rację i może wszystko. Pokazuję inne rozwiązania, że jeśli np. chce wiaderko, którym bawi się kolega to powinien mu najpierw spróbować zaproponować inne. Nigdy nie wolno wyrywać, a kiedy ktoś wyrywa jemu ma głośno krzyknąć nie i zrobić "nu nu". Czasem pomaga, a przynajmniej zwraca uwagę opornych rodziców czy opiekunek w żłobku, że to mój synek jest tu poszkodowanym. No ale żeby moje nauki odnosiły skutek to kiedy moje dziecko jest poszkodowane inni rodzice też powinni reagować, a tak to wychodzi na to, że synek nie może zabierać nic nikomu, a jemu to mogą zabierać wszyscy.
Dla jasności, w przykładzie z piaskownicy zabawki są "podwórkowe", ogólnodostępne i nie należą na stałe do żadnej ze stron sporu.