kama72
17.01.06, 09:01
Wróciłam z dalekiej podróży... ale tylko w przenośni. Po raz pierwszy od
urodzin małego dopadł mnie wirus jaki chyba, bo nie potrafiłam zapanować na
odruchami... oszczędzę Wam szczegółów. Po "akcji" byłam nieżywa. I tutaj
muszę pochwalić mojego męża - gdyby nie jego pomoc, kto wie, co stałoby się z
raczkującym małym? Kto zawiózłby go do opiekunki? Kto nakarmił? Kto zmienił
pieluchę? Patrzyłam na wszystko jednym na pół przymkniętym okiem i nie mogłam
ruszyć żadnym kulasem. Po dniu rekonwalescencji odżyłam i dziś już siedzę w
pracy przed kompem. Hurra!!! Wspaniale być normalną!
Ale nie o to idzie. Zastanawiałam się dziś rano, jak to jest, jak nie ma się
na podorędziu pomocnej dłoni? Jak mąż jest w pracy, kiedy nie ma opiekunki,
ani babci, ani choćby jadowitej teściowej, kiedy znikąd pomocy, a mama chora?
Czy któraś z Was tak miała? I co się wtedy robi?