izka_74
16.05.06, 10:26
Długo mnie nie było, bo choć zaglądałam do Was codziennie, to jakoś nie
mogłam się zmobilizować do pisania. Nie mogę się pozbierać po śmierci ojca -
zmarł nagle pod koniec kwietnia. Chciałabym napisać, że jestem w rozpaczy, bo
go bardzo kochałam ale niestety to nieprawda. Był alkoholikiem odkąd sięgam
pamięcią. Wszystko, co wiąże się z jego osobą jest bardzo bolesne a jego
śmierć niczego nie rozwiązała. Wręcz przeciwnie - spowodowała tylko wyrzuty
sumienia i żal, że nic się już nie poprawi, nie zmieni... Chybe nadaję się na
terapię jakąś, bo sama z tym sobie kompletnie nie radzę.
A teraz dobiła mnie jakoś inna rzecz, i chcę się Was poradzić, czy
przesadzam, czy rzeczywiście mam powód do żalu.
Mam przyjaciółkę, z którą znamy się od dzieciństwa. Ona była jedynaczką, jej
rodzinie zawsze bardzo zależało, abym do nich przychodziła, a ja chętnie
uciekałam do nich ze swojego domu, gdzie królował alkohol. I tak wychowałyśmy
się razem, jak siostry. Tak się stało, że jej mama zmarła na raka jak ona
była w liceum, potem - kiedy skończyła studia - zmarła babcia, która ją
wychowywała (jej ojciec też był alkoholikiem i zmarł parę lat temu). Ona była
świadkiem na moim ślubie, odkąd została sama zapraszałam ją do siebie na
wszystkie święta i uroczystości, pomagałam w przeprowadzce, opiekowałam się
jej mieszkaniem gdy wyjeżdżała do pracy za granicę - to było po prostu
oczywiste. Teraz będzie brała ślub. Zaproponowała mi, żebym była jej
świadkiem. W zasadzie jakoś od dawna było oczywiste, że ona była moim
świadkiem, a ja będe jej. Ale parę dni temu nagle zobaczyłam w czasie rozmowy
na gg, że ma jakiś problem z moją osobą. Problem polega na tym, że jestem
niewierząca - brałam tylko ślub cywilny, dzieci też nie chrzcimy. Ona bierze
ślub kościelny i zaczęła mi mówić, że powinnam chyba iść do spowiedzi, ale
ona nie chce mnie zmuszać, itp. W zeszłym roku byłam świadkiem na ślubie
kościelnym mojego brata i ksiądz nie wymagał, żeby świadkowie szli do
spowiedzi, czy nawet byli wierzący. W czasie tej rozmowy widziałam wyraźnie,
że dziewczyna się miota, więc mimnochodem rzuciłam, że jeśli wolałaby mieć
kogoś innego na świadka, to ja się oczywiście wycofam. I ona to od razu
podchwyciła - widać było, że o tym już myślała, tylko nie wiedziała jak mi to
powiedzieć... Ale jeszcze deklarowała się, że porozmawia z księdzem i dowie
się, czy rzeczywiście nie można mieć niewierzącego świadka... Dzisiaj mówi
mi, że nie miała czasu spotkac się z księdzem, ale że już proponowała
świadkowanie jakiemuś swojemu dalekiemu kuzynowi...
Jest mi cholernie przykro. Nie z tego powodu, że zależało mi na świadkowaniu -
to raczej uciążliwe, bo i ubrać się trzeba specjalnie lepiej, i czasu dużo
poświęcić. Ale przykro mi, że ona nawet nie sprawdziła, czy rzeczywiście jest
potrzebna ta moja spowiedź. Skreśliła mnie ze względów że tak powiem
poprawności kościelnej - głupio by wyglądało, gdyby świadek nie poszedł do
komunii. Byłabym zgrzytem w idealnej ceremoni. I to mnie bardzo zabolało. Ale
może - wiedząc, w jakim jestem podłym nastroju ostatnio - przesadzam? Może
nie powinnam się pchać na świadka jako niewierząca? Jak sądzicie? Tylko
mówicie proszę szczerze...