Moja szesnastomiesięczna córka nigdy nie spała jakoś wybitnie długo i mocno,
zatem przespanych w całości (do 5.30) nocy mamy za sobą tak z pięć- sześć.
Myślałam, dobra, będzie lepiej, moje rozczarowanie to kwestia zbyt wysokich
oczekiwań, trzeba spokojnie podejść do tematu. Porobiłam wyniki, pobadałam w
lewo i w prawo (neurolog, okulista, laryngolog itd.

)) ) Zaczęło być nawet
znośnie. No i znów zaczyna się jazda. Budzi się ok. 3 i nie śpi, po pół
godzinie zaczyna wyć w łóżeczku, więc podchodzę, głaszczę, śpiewam, tańczę i
stepuję, po godzinie ląduje w naszym łóżku, gdzie tak do 5 popłakuje, kręci
się, czasem krzyczy, zasypia na 3 minuty, budzi sie, a jak zaśnie, łka przez
sen, kręci sie jak wskazówka w zegarku, kolejne kółka robi, a my dostajemy raz
z nóżki, raz z główki. Mam dosyć, a z drugiej strony no martwię się

Dodam,
że nie wiążę tego z żadnymi zmianami, bo nic się nie wydarzyło w naszym życiu
nowego.