Na moim podwórku rzadko jakieś dzieci są bez opieki dorosłego, więc
pewna dwójka szczególnie zwraca uwagę. To siostry, niespełna 4-latka
i 2-latka. Przychodzą same, bardzo spokojnie się bawią. Ich mama ma
mieszkanie jednostronne, z oknami niewychodzącymi na plac zabaw,
więc nawet dzieci nie obserwuje. Dziewczynki sobie radzą same, robią
babki, coś tam paplają do siebie, trochę biegają. Tylko jak któraś
się uderzy, to podchodzi np. do mnie i mówi, że się uderzyła,
wyraźnie oczekując, że pogłaszczę, użalę się, czyli tu mama by się
im przydała.
A ja wczoraj dopiero pierwszy raz zostawiłam Antosia samego na placu
zabaw... (Jest parę m-cy starszy od tej starszej z sióstr). Na
jakieś 15 minut, może 20. Nie chciałam publicznie karmić, więc
poszłam do domu, usiadłam w oknie i karmiąc małego, cały czas
patrzyłam, czy Antek przeżyje

Przeżył, więc po południu znów
puściłam go samego i już tak nie stałam w oknie, tylko zerkałam co 5
minut, czy jest.
Przesadzam? Nadopiekuńcza jestem?
A jak gdzieś pójdzie? Można 4-latkowi wierzyć na słowo? Antek
rozumie, że nigdzie odejść nie powinien i nawet to szczerze
obiecuje, ale czy to nie jest naiwność liczyć na to, że takie
dziecko dotrzyma słowa?
A Wy puszczacie 4-letnie dzieci same na osiedlowe podwórko?