anetuchap
07.10.09, 18:08
W gruncie rzeczy,to nie terapia,ale kilka spotkań konsultacyjnych.
Terapeutka nie może się dłużej nami zająć,bo nie ma wolnych terminów.
Głupio mi tak na forum publicznym,ale sama nie wiem,co mam myśleć.
Na pierwszej wizycie stwierdziła,że "patrzę na nią jak nastolatka,
z wielkimi oczami", a mężowi zasugerowała,że ma kolejną córkę,czyli
mnie. Gdy opowiadałam jej o procesie "schodzenia na dno" - to stwierdziła,że
jako dorosła kobieta powinnam coś z tym zrobić.
Dodam,że mam depresję i to od ponad roku,ale dopiero od 3 mies
biorę leki. Psychiatra był zdziwiony jak dawałam radę funkcjonować w takim
stanie. Przyznaję,że powinnam iść szybciej do lekarza,
ale(paradoks)nie chciałam dodawać mężowi stresu moją depresją.
Mniejsza z tym.
Gdy opowiadałam jak było mi ciężko,gdy mąż wyjeżdżał na 3-4 dni
co tydzień,a ja zostawałam z 2 bardzo absorbującymi córkami.
Usłyszała,że tysiące kobiet tak żyje,np.żony marynarzy i dają sobie radę. Mam
wrazenie,że traktuje mnie lekceważąco,że od pierwszego
spojrzenia stwierdziła,że oto fajny dorosły facet(z miną męczennika)
musi żyć z kobietą,która zachowuje się jak gó...ara. Powiedziała mi zresztą,że
mówię jak gó...ara nie dorosła kobieta.
Wyglądam bardzo młodo,na spotkaniu u niej ubrałam się na sportowo
(miałam bluzę,którą noszą nastolatki?),włosy związane w kucyk,
bez makijażu. Dodatkowo mam dziewczęcy głos,ale czy to może być
powodem,że tak mnie potraktowała? I powiedziała mi,że ja jej wyglądam na osobę
autodestrukcyjną,gdy mąż coś tam jej opowiadał.
Gdy ja mówiłam,że niektóre zachowania męża są agresywne,używa
toksycznych słów,to stwierdziła,że pan absolutnie nie wygląda na osobę agresywną.
Nie wiem co myśleć? Jestem wściekła,że już włozyła mnie do szuflady,
choć ja mówiłam znacznie mniej od męża,bo nie dawała mi dojść do
słowa. A może ma rację? Mąż ma rację w swoich zarzutach,a ja
sobie wymyślam. Może to we mnie tkwi cała wina naszego kryzysu?
Co o tym myślicie? Jestem skołowana. Mąż chodzi z triumfującym uśmiechem,bo
"wyszło" że to on ma rację.