peonies
23.01.10, 19:57
W poniedziałek wróciłam do pracy po macierzyńskim. Zacznę może od
tego, że dojeżdżam ok. 50km w jedną stronę. Jeździłam z koleżankami
jednym autem od "początku". Odchodząc pytały czy wracam i czy będę
jeździć na co oczywiście odp. że tak. w międzyczasie, gdy byłam na
um zaczęła z nimi jeździć inna znajoma. kilkanaście dni przed
powrotem zadzwoniłam do koleżanki kierowcy z zapytaniem o dojazdy,
na co ona mi odp., że nie wie, że nie wyrzuci tej dziewczyny itp.
ok, przecież to oczywiste i pomyślałam, że sama z nią porozmawiam.
Spokojnie bez żadnych nerwów w czwartek powiedziałam jej, że
chciałabym wrócić na swoje miejsce. Była wielce niezadowolona, całą
rozmowę jechała na fochu i stwierdziła, że powie "kierowcy" o całej
sytuacji. generalnie nic się nie wyjaśniło. Wczoraj miała wolne więc
dzwonię do "kierownicy" i mówię jaka sprawa i tu... zonk. Dopiero
gdy przycisnęłam ją okazało się, że one wcześniej uzgodniły, że ja
nie wracam na swoje miejsce tylko będą jeździć razem. Kurcze, ja
rozumiem: jej samochód i może zabierać kogo chce ale po kiego grzyba
robić komuś wodę z mózgu? Poczułam się jak nachalny kretyn, teraz
czuję się podle. Jak tak można? Mogły mi od razu powiedzieć i jakoś
starałabym się inaczej organizować dojazd a tak cały ten tydzień
(jak nie dłużej) będę się "bujać" z kombinowaniem. Dla mnie świństwo
na maxa. tyle. chciałam się wypisać.