reteczu
07.02.10, 16:11
Przypomniały mi się dziś moje kucharskie studenckie wyczyny.
1.Miałam 2 godziny wolnego. Byłam głodna. W domu miałam pomidorową.
Pojechałam do domu, ugotowałam ryż. Postanowiłam przyspieszyć
podgrzewanie zupy i wpadłam na genialny pomysł, że odcedzę warzywka
(pietruszkę, seler itd.), to mi się sam płyn szybciej ogrzeje.
Złapałam za durszlak, ciach garem nad zlewem...ale...nie postawiłam
żadnego naczynia pod durszlakiem i został mi ryż+warzywa z zupy. Tak
się najadłam pomidorowej.
2.Ja nie zrobię biszkoptu? Ha, ha! Takie proste! Przygotowałam
produkty, cudnie zmiksowałam, wlałam do tortownicy, kilka minut w
piekarniku pobyło i wtedy zorientowałam się, że ... nie wsypałam
mąki.Wyjęłam tę tortownicę, dosypałam mąkę, choć masa częściowo była
już ścięta. Wyszedł mi niezły gniot.
3. Kopca kreta nie upiekę! To takie proste, placek z torebki -
wielka mi filozofia! Ciasto konsystencji toffi, mikser ledwo idzie -
pewnie tak musi być. Wydłubać to z miski nie było łatwo. Upiekło
się, ale kruszyło się bardzo. A, te z torebki to takie dziadostwo. I
wtedy odkryłam, że nie dolałam wody do ciasta.
Jeśli pamiętacie swoje podobne kulinarne wyczyny i macie odwagę się
do nich przyznać, to piszcie, proszę, ku wesołości ogólnej.
Pozdrawiam.