To ja - żeby nie było wątpliwości.
W ramach racjonalizowania wydatków uznałam, że po receptę na tabletki nie pójdę prywatnie i nie zapłacę stówy za wizytę, tylko pójdę państwowo. Do ginekologa oczywiście.
Zapisałam się i nawet termin był przyzwoity - dwa tygodnie. Zabrałam przezornie wynik poprzedniej cytologii oraz usg biustu. Wymyłam się i postresowałam nieco, że akurat w tym miesiącu @ mi się opóźniła i być może jeszcze nie zakończyła się w 105%.
Poszłam i spędziłam u pani doktór równe 3 minuty. Panią doktór nie interesowały:
- wynik cytologii
- wynik usg biustu
- przebyte porody
- ani ciąże
- choroby nowotworowe narządów babskich w najbliższej rodzinie (a akurat jestem w grupie bardzo wysokiego ryzyka)
- zbadanie mnie
- ani nic innego.
Pani doktór spytała czego chcę, przepisała mi dwa opakowania tabletek i podziękowała za przyjście.
Nie powiem, zszokowało mnie. Pewnie źle trafiłam, nie spodziewałam się też cudów, no ale na litość, COKOLWIEK chociaż dla pozoru.
Musiałam się z Wami tym podzielić