konwalka
14.04.11, 15:28
Parę dni temu, zupełnie rano, starszy syn puścił mi "żebraka" z telefonu. Hm... ze szkoly dzwoni?
No więc oddzwaniam, on odbiera i co słyszę? Bluzgi w co najmniej dwóch językach, gwar, wesołośc hulanki i swawole. Tylko dziecka swego nie słyszę. No, może w tle gdzieś. Pogadałam do słuchawki minutę i się wyłączyłam. Pozostałam z matczynym niepokojem do dzieckowego powrotu ze szkoly.
Co się okazało?
Ano, że strzała była puszczona, ale nie do mnie, on moze odebrał "albo tylko wcisnął guzik" i wcale nie przeklinał, ino "musiało mi się przesłyszeć"
-Ale nie wiedziałam, że wy macie tak wcześnie przerwe?- mówię -Już przed dziesiątą?
-To było wczasie lekcji, mamo- uslyszałam proste wyjaśnienie
Na moje zdumione pytanie, dlaczego wszyscy sie tak drą na lekcjach i dlaczego w ogole on do kogoś dzwoni, dowiedziałam się z kolei, że to był tylko taki fantastyczny kawał. Olaf zadzwonił do kolegi z klasy, bo wiedział, że ten kolega zapomniał wyłączyć telefon, a ma taki głupi dźwięk dzwonka, że zaraz nauczyciel by sie wkurzył i byłoby śmiesznie.
Aha.
Śmiesznie.
Poszłam się odstresować.Najlepiej odstresowuję się podczas lżejszych prac ogrodowych, zwłaszcza, gdy za pomocnika mam młodsze i mniej pomysłowe dziecko.
I podczas gdy ja i mniej pomysłowe dziecko sypaliśmy nasiona niezapominajek, stanął nad nami mój ojciec, jak zwykle tchnąwszy optymizmem.
-Ale tutaj to ci nie wyrosnie...- zauważył
-A to dlaczego niby? Od lat mi wyrasta i to w tym miejscu
-Ale w tym chyba nie...Ta trawa zagłuszy, mówię ci.
I poszedł.
Zaczęłam intensywnie myśleć, dlaczego niby trawa ma mi zagłuszyć i nic nie wymysliłam
Przypomniał mi sie natomiast dzołk sprzed roku, gdzie Hiobem i Kasandrą w jednym także był mój nieoceniony tatuś.
Bliźniaczo- sialiśmy z małym maciejkę.Duzo maciejki. I tez miała nie wyrosnąć z bliżej nieznanych mi powodów.
Gdy wykiełkowała nieśmiało, zawołałam ojca i pokazałam mu z dumą, jakby co najmniej stado orchidei mi wyrosło.On tylko prychnął z pogardą, po czym sie dowiedziałąm, że kiełkowanie "nic jeszcze nie oznacza" i że "pewnie wiatr mi to wyrwie"
Wiatr nie wyrwał, a za to wybujało pieknie i zielono.
Obecny przy okazaniu ojciec zauważył wtedy, że samo zielone nic nie znaczy i ze raczej nie wygląda mu na to, zeby kwiaty miały zakwitnąć. Nie wyglądało mu na to nawet wtedy, gdy na łodygach pojawiły sie pąki wielkosci wróbli. Może i sobie te pąki rozkwitną, ale jeszcze nie wiadomo, czy ta maciejka będzie pachniała.
Wqrwiłam się niemilosiernie i zerwałam dziadka z drzemki ktoregoś wieczora.
-Patrz i wąchaj- mówię -Ten maciejkowy zapach to i w Dover chyba czują, albo i we Francji już
Ojciec się zaciągnął jak posokowiec bawarski, łypnął nieprzyjaźnie i mówi:no, może i pachnie, ale tylko wieczorem...
No i wyszło na jego.
Ufff...dużo tego.
Dzieki jak ktoś doczytał, ale miałam potrzebę graniczącą z neurozą.
Potrzebę podzielenia się moim ojcem.