w sąsiednim wątku dziewczyna zachęca nas do zapewniania większej ilości naturalnego, nieskrepowanego ruchu dzieciom. Podaje przykład - dwulatek - za rękę i niech idzie. A ja akurat jestem po dzisiejszej bardzo męczącej i długotrwałej histerii mojego dwulatka z serii: "Kubusiu, daj rączkę, tu jeżdżą autka i jest niebezpiecznie" na co Kubuś "nie", potem ryk chowa ręce, kładzie się na ziemi... Chciałam tylko dojść może ze 150 metrów z auta do naszej kamienicy. W jednej ręce niosłam dość ciężkie zakupy. A mój dwulatek trochę wazy, zwłaszcza jak się pręży i zwija... Ogólnie chciałabym go nauczyć chodzić za rączkę bo mieszkamy w mieście i wiadomo - ulica, samochody, nawet na Rynku czy na Plantach - zagrożenia w stylu dorożka, rowerzyści itd. A on tego nie znosi. Ja mu tłumaczę, pokazuje te jadace auta, staram się go trzymac lekko, żeby o tym zapomniał... na nic. On od razu po wyjęciu z wózka biegnie, praktycznie w ogóle nie porusza się zwykłych chodem

jak odbiegnie dalej już widze jak mu się gęba śmieje, że będę go musiała gonić - to dopiero zabawa! Ja bym go chętnie zostawiła i poszła, niech odczuje konsekwencje takiego uciekania, niech mama zniknie na chwilę z oczu, ale nie da się, bo naprawdę sie obawiam, że wybiegnie na ulicę! Przeciez takie dziecko jest nieobliczalne... jakie macie doświadczenia w temacie oraz cudowne rady