Po lekturze nie tak starego wątku, aczkolwiek bardzo długiego, tak sobie myślałam, czy naprawdę jest sens oburzania się gdy ktoś "w miarę normalny" chce dotknąć waszego dziecka. Nie czytałam całego tamtego tasiemca, z początku niektóre wypowiedzi.
Ja osobiście w duchu wzdrygam się, jak ktoś obcy chce pogłaskać moją córę, ale nic nie potrafię powiedzieć, bo trochę się obawiam, że wyjdę na wariatkę. Przecież nie uchronię dziecka przed każdą bakterią, a jak samo dziecko będzie na tyle komunikatywne i mobilne, żeby samemu sobie zajść to przecież nie zapnę dziecka na smycz. Oczywiście nie pozwoliłabym na kontakt z osobą u której na odległość widać (niejednokrotnie i czuć), że z higieną u niej na bakier. Tylko nie waliłabym od razu po łapach, tylko wykonałabym manewr ominięcia takiej osoby.
Ostatnio byliśmy w praktikerze i mąż małą na rękach trzymał i kasjerka ją po ręce pogłaskała. Nie powiedziałam nic, jedynie po wyjściu ze sklepu poprosiłam męża żeby trzymał młodą na dystans, bo np. ta babka na kasie tyle pieniędzy miała w rękach, a co za tym idzie mnóstwo bakterii. Po rozmowie doszłam do wniosku, że ja przecież też jak z młodą idę gdzieś to dotykam rzeczy które dotykali inni, klamek, które i żule z "żałobą pod paznokciami" (jak to nazwałą jedna dziewczyna) i wszędzie na rękach, dotykali; nie noszę w torebce żelu antybakteryjnego i nie pucuję obsesyjnie rąk, muszę przenieść później młodą do fotelika, dotykam ją, zapięcia pasów, no nie wiem, jak wam to przekazać, żeby znowu nie wyszło źle. Oczywiście po przyjściu do domu myję ręce, taki mam zwyczaj.
Do czego zmierzam. Bo już mi powoli tasiemiec wychodzi a dalej ględzę o niczym właściwie.
Wiele osób zwraca innym ludziom uwagę, coby nie dotykali ich dziecka. Nie neguję. Każdy robi jak uważa. Tylko jak dziecko pójdzie do przedszkola, dajmy na to, to nie wierzę jakoś, że tam wszystkie dzieci mają co 10 minut odkażane ręce. Dotykają się ( a przecież to obce osoby- jakby nie było), też maszkiecą wszędzie, niejednokrotnie kichają na siebie, kaszlą sobie w twarz, a panie przedszkolanki nie są w stanie upilnować całęj gromadki.
Inny przykład. Ile razy ja już czytałam i widziałam, że dzieci się bawią w piaskownicy i piasku się najedzą. bo tak
jest. A tam to nie ma zarazków? A na zjeżdżalniach? Nikt nie ma pewności, czy ktoś obcy ich nie dotykał, a wasze dziecko się wspina rękami, które potem teoretycznie może sobie do buzi wziąć. Nie wszystkie place zabaw są ogrodzone, strzeżone.
W końcu jak dziecko dorośnie, pójdzie do szkoły, ile tam jest obcych osób, dotykają się, potem jedzą kanapki nieumytymi rękami...
Wiem, że niemowlak to niemowlak, ale nie można go zamknąć do rezerwatu czy złotej klatki z napisem "patrz oczkami, łapy precz". Trzeba umieć rozróżnić mniejsze "zło" od większego. A granica czasem jest bardzo cieńka.
PS. Nie miało mi nic dać umoralnianie innych i prawdopodobnie mi nie wyszło
PS.2 Sorry za błędy

PS.3 Sorry za zanudzenie
PS.4 Już można lincz rozpocząć