tak

w skrócie: miałam auto, którego nie używałam. Bo się bałam jeździć. I tak sobie stało, stało. Nie sprzedałam go, bo bym straciła sporo kasy no i miałam nadzieję, że w końcu się przemogę i zacznę jeździć. Któregoś dnia brat spytał, czy on by sobie mógł pożyczyć. I pożycza codziennie już prawie dwa lata. Oprócz bieżącego tankowania serwisował, dbał itp itd. Ale..któregoś dnia obudziłam się z myślą, że nie mogę być taką ofermą i zapisałam się na jazdy. Instruktor mówi, że dobrze jeżdżę, ale muszę JEŹDZIĆ, a nie znowu zapomnieć że mam prawko. Poza tym mam dość komunikacji miejskiej. Dość czekania na busy. Moknięcia w jesień, marznięcia zimom, umierania z gorąca latem. I tak zwyczajnie, po prostu chciałabym wziąć wyjść z domu i wziąć dziecko na przejażdżkę.
Ale, ale, boje się powiedzieć bratu, że chciałabym auto z powrotem. On musi dojeżdżać do pracy i nie stać go na swoje, a mnie nie stać, żeby mu dołożyć. To dobry chłopak, pracuje, uczy się i auto było/jest mu sporym ułatwieniem. Dużo sobie pomagamy. Jak przyjeżdża do szkoły to ma u mnie wikt, opierunek, nocleg i jedzenie. Ja zawsze mogłam liczyć, że zostanie z moim synem jeśli tylko ma czas. Aktualnie zabrał siostrzeńca ze sobą na wakacje
Pytanie: czy mam moralne prawo poprosić o zwrot auta? Mu jest ono potrzebne do dojazdów do pracy, dla mnie będzie to... przyjemność.