majer555
05.08.11, 23:18
Od 3 lat mieszkam w niskim bloku, 2 mieszkania na klatce. Na parterze mieszka małżeństwo emeryto-rencistów, cecha charakterystyczna ogródek z koszmarnym krasnalem i odpustowymi wiatraczkami, typu tacy co wszystko wiedzą. Z sąsiadami z drzwi naprzeciwko mam dobre stosunki, resztę znam z widzenia.
Mniej więcej na początku marca tego roku miałam pecha potknąć się na schodach prawie przed drzwiami sąsiada od krasnali i wiatraczków, przy czym w siatce z zakupami, którą niosłam, rozbiła mi się butelka z mlekiem. Zakupy zaniosłam do siebie na górę, wróciłam na dół, pozbierałam szkło, wytarłam mleko gazetą i poszłam. Nikogo nie spotkałam na klatce schodowej. Normalnie to zadzwoniłabym do dozorcy, żeby dodatkowo umył klatkę schodową, ale ponieważ miałam przykre doświadczenia z dozorcą w poprzednim mieszkaniu, to tego nie zrobiłam. Następnego dnia dzwoni domofon, odbieram, a to TEN sąsiad tonem głębokiej pretensji: "niech pani zejdzie na dół i zobaczy co się w piwnicy dzieje". Powiedziałam zgodnie z prawdą, że teraz zejść nie mogę, zejdę później i obejrzę. Sądziłam, że chodzi co najmniej o destrukcję czyjegoś mienia. Otóż mleko spłynęło i zostało go trochę na jednym schodku i o to chodziło. Ponieważ się spieszyłam do pracy, postanowiłam posprzątać później. Kiedy wróciłam z pracy było już posprzątane.
Następnego dnia wyciągnęłam ze skrzynki na listy pety. Dwa dni później zamek do skrzynki na listy był zalepiony czymś. Co dziwne, kiedy doszłam do wniosku, że do zamka są poupychane drobniutkie papierki i właśnie szłam je powyciągać, spotkałam na dole żonę tego sąsiada, która była dla mnie nieoczekiwanie miła, chociaż zwykle taka nie była. W skrzynce tym razem były pety w większej ilości, pozbierane z podłogi gazetki reklamowe, z czego jedna była zlepiona kupą (tak, KUPĄ). Zadzwoniłam do kolegi i powiedziałam mu wszystko. Przy okazji zobaczył zawartość skrzynki. Postanowiliśmy złożyć razem sąsiadowi wizytę i zagaić, że takie tu incydenty się zdarzają, a oni mieszkają na parterze, może mają okazję zauważyć, kto to. Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Otworzyła wnuczka (nie sąsiad, ani sąsiadka), dopiero jak powiedzieliśmy, że chcemy rozmawiać z sąsiadem, to wynurzyła się sąsiadka, twierdząc, że sąsiada nie ma. Powiedzieliśmy jej o tym, prosząc, żeby przyuważyła, kto to może takie rzeczy robić, przy okazji wyrażając ubolewanie z powodu mleka, schodek w piwnicy jak się okazało posprzątał dozorca zawezwany przez sąsiadkę. Więcej incydentów ze skrzynką nie było. Dla sąsiadów starałam się być miła, chociaż trochę mnie to kosztowało. Wydawałoby się, że sytuacja wróciła do normy i nie chciało mi się myśleć, że żyję pod jednym dachem z ludźmi zdolnymi do takiej rzeczy, aż do początku tego tygodnia. Mamy możliwość korzystania z pomieszczenia na rowery. Wracam sobie z synem na rowerach w niedzielę, a tu nie można otworzyć rowerowni. Klucz się co prawda zawsze trochę zacinał, ale teraz w ogóle nie dało rady otworzyć. Zadzwoniłam do obu mieszkań na parterze mając nadzieję, że zastanę jakichś panów i może mi ktoś pomoże otworzyć ten schowek. Wydawało mi się, że za drzwiami sąsiada - terrorysty słyszę, że ktoś się rusza, ale wydawało mi się to tak absurdalne, że nie zwróciłam na to początkowo uwagi. Niestety na przeciwko też nie zastałam nikogo. Musiałam rowery spiąć i zostawiłam je tam, gdzie jak mi się wydawało najmniej będą przeszkadzać i będą najbardziej bezpieczne, gdzie zresztą stale sąsiadka, która się mniej boi i przejmuje wygodą innych stale trzyma wózek swojego dziecka, jej starsza córka stale zostawia hulajnogę, swój rower, przy schodkach do piwnicy i do schowka na rowery. Następnego dnia poszłam do administracji, zgłosiłam, że nie można otworzyć schowka, wracam i natknęłam się na sąsiada taszczącego swój rower ze schowka. Sąsiad do mnie: "A co to za garaż" wskazując na nasze rowery i że jemu przeszkadza. Mówię, że przecież schowka na rowery nie można otworzyć, on na to, że wie, bo jemu się klucz w zamku ułamał, a on nasze rowery zaraz weźmie i wystawi. Ja na to, że skoro wyjął zamek, to mógł zawiadomić, że już można do schowka wstawić rowery (przecież dobrze wie, czyje są). A on na to, że dzwonił do nas (domofonem znaczy) (przy czym, kłamie bezczelnie, bo wprawdzie domofon jest zepsuty i raz dzwoni, raz nie, ale na 100% nie dzwonił). Dołącza się jego żona i wyskakuje na mnie, że zawsze to ze mną są kłopoty, że jak przyszłam do niej wtedy z tym kolegą to znaczy że ją posądzam o te kupy, no to ja na to, najpierw, że nic takiego nie powiedziałam, ze to ona, a potem że faktycznie, zaraz po naszej rozmowie problem ze skrzynką się skończył. Sąsiad jeszcze rzucił, że ja mogłam pójść do administracji wcześniej (tak jakby sam nie mógł). Ja już w ogóle byłam przerażona, na co tego człowieka może być jeszcze stać, zaskoczona, jak można być takim chamem. Jemu się zamek zepsuł, wie czemu te rowery stoją i jeszcze napada, że nie wspomnę, że w ogóle d.. nie ruszył, jak już ten zamek wykręcił, żeby powiedzieć, że można już rowery wstawić. Ja chodzę jak ta głupia po jakichś administracjach, a on jeszcze do mnie z pretensją, że mogłam pójść tydzień wcześniej. Po tej rozmowie znowu się na nich natknęłam dziś rano (czego zresztą trudno uniknąć, skoro mieszkamy na tej samej klatce schodowej). Jakoś trudno mi było powiedzieć im dzień dobry, oczywiście nic takiego też nie padło z drugiej strony. Po południu ktoś położył na schodach na pierwsze piętro kupę. Cała klatka schodowa śmierdzi. Myślę, że to oni i że w ramach następnego etapu kupą mogą zostać wysmarowane moje drzwi. Myślę też, że spotyka mnie to, bo mieszkam sama z synem. Gdybym miała męża, sąsiad nie byłby taki zuch. Dodatkowo, sąsiedzi nie mają konfliktów z pozostałymi sąsiadami na klatce, aczkolwiek jest to taki typ właściciela ogródka. Ze schowka na rowery najczęściej korzysta sąsiad, swoje datury na zimę do schowka na rowery wstawia sąsiad i nikt mu złego słowa nie powie, przed wejściem na klatkę schodową swój rower (a teraz dwa rowery) stawia sąsiad i nikt się nie przyczepia, chociaż też trzeba uważać. Czy ktoś ma pomysł co zrobić w zaistniałej sytuacji?