shellerka
02.09.11, 07:19
wczoraj mój małżonek wybrał się z nami na rozpoczęcie roku szkolnego starszego dziecka. do zerówki dziecko poszło.
no i fajnie. podobało mu się bardzo. mężowi znaczy się, bo dziecko zatykało uszy na występie drugoklasistów i kręciło zniesmaczone głową.
mąż przeżywał hymn, przemowę dyrektora, występy, fotki robił i generalnie szczęsliwy.
a potem udano się do klas....
i mój mąż już rozumie, dlaczego JA NIE BĘDĘ CHODZIŁA NA ZEBRANIA!!!
czy wszyscy rodzice muszą tak jazgotać, ujadać, robić problem z byle pierdoły i to w nieodpowiednim momencie, nieodpowiednim miejscu i z nieodpowiednią osobą?...
przykład pierwszy z brzegu - wyprawka. nie dalej niż w niedzielę mąż mój mówi, że może byśmy dziecku jakiś piórnik zakupili, zeszyty, bloki, kredki.
mówię, więc mu, że wolę zaczekać do rozpoczęcia roku szkolnego i dowiedzieć się, co będzie potrzebne, czy każdy ma kupić osobno, czy tak jak wcześniej w przedszkolu rodzice się zrzucą i nauczycielki kupią hurtowo.
i pada na spotkaniu pytanie o wyprawkę. i pani nauczycielka mówi, że może byśmy się złożyli, żeby wszyscy mieli jednakowe, na co bardzo nieurodziwa pani (jak to jest, że te nieurodziwe najczęściej jazgoczą najmocniej?) arogancko woła, że ona się składać nie będzie, bo ona już kupiła. no ale to oczywiście nie zakończyło dyskusji na ten temat, bo każdy musiał powiedzieć co myśli o wyprawce. i jej kupowaniu. samodzielnie, bądź składkowo.
potem oczywiście sprawa świetlicy, potem że nie takie godziny zajęć, potem tradycyjnie już problem religii....
a to moje drogie panie i mój drogi mężu nie było ZEBRANIE. to było spotkanie z okazji rozpoczęcia roku szkolnego. ZEBRANIE odbędzie się w przyszłym tygodniu. I zgadnijcie, co.. Tak, mój mąż akurat w przyszłym tygodniu wyjeżdża służbowo....
żeszkur....afakinmać.