Dziewczyny opisze wam jak przez jednego starego dziada ( wybaczcie ale inaczej nie mogę o nie na razie myśleć) przeżyłam wczoraj dzień jak z horroru.
Wczoraj postanowiłam wybrać się do pobliskiego centrum handlowego obejrzeć zabawki w smyku, zapakowałam synka do wózka i ruszyliśmy na przystanek (mąż w pracy a poza tym wole po butikach łazić sama). Syn smacznie spał jak podjechał autobus, kierowca nawet opuścił mi trochę podłogę, weszłam , prawie wszystkie miejsca zajęte ale stał tylko jeden chłopak więc sporo luzu, mi nikt nie ustąpił miejsca więc zaparkowałam wózek tak żeby i inny mógł się obok niego zmieścić czyli budka przy oknie a rączka w stronę drzwi, sama stanęłam obok. Jechaliśmy sobie spokojnie i na kolejnym przystanku miałam wysiadać kiedy………. Jakiś stary dziad ( przepraszam ale nie mogę inaczej myśleć) wybiegł na ulice i usiłował przebiec na drugą stronę, za dziadem jeszcze 2 osoby ale się cofnęły ( to wiem z relacji), kierowca nie miał czasu na reakcje, nacisnął hamulec, autobus stanął „dęba”, ja znalazłam się na podłodze… wózek z synkiem się przewrócił i gdy spojrzałam synek leżał na podłodze dalej od wózka a wózek był przewrócony. Ludzie zaczęli krzyczeć, ja pamiętam tylko tyle, że zgarnęłam synka z podłogi w ramiona, krwawiła mu główka, ktoś próbował mnie podnieść ale kazałam im mnie zostawić bo bolała mnie noga, ktoś zabrał mi dziecko, inne osoby zaniosły na siedzenie, oddali mi synka, jakiś człowiek chciał gonić faceta który nam wybiegł, kierowca krzyczał na ludzi, że nie ustąpili mi miejsca, ze nie miał wyboru bo by potrącił tamtego człowieka… wzywał policje i karetkę.
Ja tuliłam synka, on najpierw zaczął płakać a później nagle przestał i tylko na mnie patrzył jak go tuliłam. Nie wiedziałam z jakiej wysokości wypadł z wózka, czy wózek się przewrócił i on się wyturlał i siłą hamowania „pojechał” po podłodze, czy w trakcie przechylania wózka wypadł…
Przyjechała karetka która dała nam wybór albo z moją nogą do szpitala albo do szpitala ze Szprotkiem… oczywiście pojechaliśmy z dzieckiem. W szpitalu go zbadano zrobiono usg i rentgen, wszystko ok w szpitalu byliśmy od 13:30 do 16ej, później z moją nogą- okazała się bardzo niefortunnie złamana w stopie a ja na niej stawałam tyle godzin

Niby wszystko dobrze się skończyło bo dziecko tylko potłuczone ale ten stary dziad wybiegł nam na ulice w miejscu niedozwolonym i poszedł dalej, moje dziecko poobijane a ja ze złamaną noga tak, że nie mogę chodzić o jednej kuli tylko dwóch i mam absolutny zakaz stawania na nodze… nawet herbaty sobie nie przyniosę

bo jak? W zębach? Mąż postara się wziąć wolne ale noga zagipsowana na 4 tygodnie…
Doradzono nam wczoraj staranie się o odszkodowanie komunikacji miejskiej ale nie wiem czy to ma sens, pewnie stwierdzą, że powinnam siedzieć a nie stać itp…
Ja myślałam, że takie rzeczy zdarzają się tylko w filmach.. nie linczujcie, przytulcie raczej i powiedzcie, że dam rade zająć się dzieckiem łażąc o dwóch kulach…