shellerka
23.08.12, 09:44
tu gdzie jesteśmy na wakacjach przyjechała również grupka dzieciaków - dwa rodzeństwa. dzieciaki są o półtora roku starsze od mojego syna.
no i od samego początku odsuwali go od siebie, wypychali z trampoliny, nie chcieli się z nim bawić i generalnie traktowali mocno z góry.
luz. generalnie nie ingeruję w synowe stosunki z innymi dzieciakami stawiając na jego samodzielność i poszerzanie umiejętności radzenia sobie w towarzystwie.
oniemiałam na moment, kiedy tamci zaczęli tłumaczyć mojemu, że każdy pieniądz ma swoją wartość i czy on na przykład wie, że jedno euro to cztery złote, a jeden funt brytyjski to około pięciu. czekałam jeszcze tylko na podanie aktualnego kursu franka...
generalnie są to dzieci w stylu przechwalania się pt. : "a ty nie masz tego, a ty nie byłeś tam"
syn znalazł sobie inne towarzystwo i tyle.
do czasu, kiedy wróciliśmy z wycieczki z zabawkami. zabawki na tyle zainteresowały owo towarzystwo, ze natychmiast mój syn stał się ich kolegą, tyle że zabawki zostały mu zabrane i oni bawili się nimi, łaskawie pozwalając synowi biegać za nimi samymi i przydzielając mu jakieś drugorzędne role.
nadal nie reagowałam, bo niech sobie radzi sam.
w pewnym momencie widziałam jak jeden z chłopców rzuca jedną z zabawek. rzucał mocno, wbijał ją w ziemię, walił o mur....
nagle przybiegł i powiedział, że odłożył zabawkę na schodach z drugiej strony domu. coś mnie tknęło i poszłam momentalnie w tamtym kierunku. zabawki oczywiście nie było, więc domyśliłam się, że została zepsuta i ukryta.
chłopcy w trzy sekundy zwinęli się z podwórka i powędrowali do domów, mimo ze wcześniej bawili się na dworze do późnych wieczorów.
wuj mnie strzelił.
przeszłam się po ogrodzie i w miejscu, w którym chłopak rzucał zabawką rosną krzaki. patrzę, zabawka wetknięta między te krzaki, połamana. zabawka drewniana.
rano wyjeżdżali w to samo miejsce, w którym kupiliśmy zabawki. wstałam więc rano i we wspólnej kuchni położyłam na stole zepsutą zabawkę oraz banknot o wartości zabawki i miło poprosiłam mamę chłopaków o kupienie takiej samej, bo się zepsuła.
szczerze? liczyłam na to, że jak dzieciak zobaczy popsutą zabawkę i dowie się od matki, że maja ją odkupić to się przyzna.
gdzie tam!
dziś rano dzieciaki wyciągają ze swoich aut jeszcze bardziej wypasione zabawki i słyszę jak beztroskim głosem ten gada, że mają tez zabawkę dla mojego syna, ale nie taką samą, bo coś tam.
wychyliłam się przez balkon i mówię, że czy widzial, ze zabawka się znalazła. on, że tak. ja mówię, ze ciekawe, bo nie było jej na schodach, a ten dupek żołędny, że no wie, bo jak szedł do toalety to już tej zabawki tam nie było i pewnie ją ktoś zabrał. nie wytrzymałam i mówię, że to dziwne, bo ja widziałam, jak on ją psuł i chował w krzaki.
wzruszył ramionami i odbiegł.
co wy na to?