Byłam dzisiaj z uczniami na wykładzie w Instytucie Filologii Angielskiej we Wrocławiu. Wykład w ramach cyklu wykładów otwartych dla licealistów, naprawdę dobrze przygotowany i miło było obejrzeć stare kąty. Jedno mnie jednak zaskoczyło.
Ponieważ moi uczniowie to w większości pierwszoklasiści, świeżo z gimnazjum, przed wykładem oprócz pobieżnego powtórzenia fabuły "Romea i Julii" (wykład rozwijał tezę, że to nie tragedia) przypomniałam im także, że na wykładzie się nie je, nie pije i nie korzysta z telefonu komórkowego. Jeszcze przed samym wykładem poprosiłam jedną uczennicę o wyrzucenie kubka z resztkami kawy z automatu.
Tymczasem, kiedy wykład trwał już od kwadransa, do sali wszedł student (sądząc z wieku i obfitości zarostu, prowadzący wspominał zresztą, że jest na sali także paru studentów), usiadł w jednej z ławek, wydobył termosik, napełnił kubek czymś parującym i zaczął pić. Wyszłam więc na nudziarę, co jej się wydaje, że zna obyczaje akademickie

.
Więc znające się, profesorki i studentki, jak to jest? Czy zmieniło się już tyle, że konsumpcja podczas wykładów stała się dopuszczalna?