katiko
25.07.13, 22:51
Pare miesiecy temu tesciowa zazyczyla sobie powiedziec jej na kiedy planowany jest porod wnusia bo Ona zamierza na porod przyjechac. Powiedzielismy jej razem z mezem, ze na porod jej nie zapraszamy ale 2 tygodnie pozniej bo chcemy spedzic te dwa tygodnie tylko we trojke. Tesciowa sie burzyla i powiedziala, ze tak czy inaczej przyjezdza i wynajela sobie przyczepe na kempingu. Dla siebie i dla coreczki, czyli siostry meza. Powiedzialam mezowi, ze jak chce odwiedzic wnuka na 2-3h to ok, ale na dluzszy czas to ja odwiedzin nie chce chyba, ze bedzie sie to wiazalo z pomoca nam. Maz jej to kilo przekazal, tesciowa sie obuzyla, ze przeciez to oczywiste ze nam pomoga.
Synek sie pospieszyl i przyszedl na swiat 4.5 tygodnia temu. Dzien po przeprowadzce. Mieszkanie wciaz w kartonach, kuchnia czeka na dokonczenie... Ja padam na nos, boli mnie rana po cesarce, wciaz mocno krwawie, mam anemie, ogromny bol plecow i dretwienie dloni od czasu jak ki wenflonami sie powklowali i wylam z bolu. Maz tez pada na nos.
Tesciowa z coreczka przyjechaly w poniedzialek w poludnie na kamping. Zapowiedzialy sie na pore kolacji. Maz zamowil jedzenie z restauracji bo zadne z nas nie ma sily na gotowanie. Przyjechaly. O tym, ze ktos myl podlogi z ledwo otwartymi oczami nie udalo im sie pomyslec i lazily w butach ogladajac cale mieszkanie. Narobily rabanu: dziecko spalo a tesciowa mu przy uchu piszczaca zabawke naciskala, i na moja uwage, zeby uszanowala sen dziecka i nie piszczala mu przy uchu stwierdzila, ze chce by sie obudzil zeby sie z nimi przywital...
K mnie wziela, tym bardziej ze maz nie reagowal.
Oczywiscie zapytaly jak sobie radzimy, a na uslyszane ze pdadamy na nos stwierdzily, ze to normalne... Jak je zapytalismy jakie maja plany na caly tydzien to, ze chca pojechac do Bazylei bo slyszaly ze warto, wypozyczyc rowery, itd, itp. Po jedzeniu, ktore przyszlo w pojemnikach ale krolewny zazyczyly sobie jesc na talerzach ja zmywalam.
Zmeczone, w koncu sie wyniosly.
Na drugi dzien, poprosilam meza by je poprosil by robily mniej zamieszania, i zdjely buty. Dziecko zjadlo, zrobilo kupke, zasnelo w trakcie noszenia. Maz zabiera je by zmienic pampersa i cala watacha za nim. Z kuchni, przy lecacej wodzie slysze raban rodzinny, i w koncu krzyk dziecka. Prosze po tym meza na strone i kowie mu, zeby je poprosil by robily mniej rabanu. Dziecko obudzone. Maz, ze ja przesadzam. Ze to ich taki styl bycia, zebym sie zrelaksowala. Dokanczam mycie butelek w kuchni, i slysze krzyki/placz dziecka. Wychodze a tam coreczka tesciowej, miesiecznemu dziecku "patataj robi". Prosze by przestala. "Ale czemu? Przeciez sie bawimy" dziecko krzyczy. Odchodze na a ona znow zaczyna nim podskakiwac!!!
Zabralam dziecko. Po wizycie maz z pretensjami, ze jego rodzina sie tak szybko zmyla, i ze sle sie czuja. Ja wku...ona bo dziecko na " na zespol dziecka potrzasanego" narazaja, poza tym dziecko mi dziecko co chwila ryczy i sie uspokoic nie moze przez kolejna cala noc. Teraz juz dwie doby.
Rozmawiamy z mezem. Tzn klocimy sie bo maz uwaza, ze nie mam prawa mowic ludziom jak maja sie przy moim dziecku zachowywac i ze czegos im nie wolno!!!
Dopiero jak mu pokazuje dokumenty w sprawie "syndromu dziecka potrzasanego" dochodzi do wniosku, ze moglam jegomsiostrze zwrocic uwage tlumaczac wszystko. Ja swoje, ze jesli kogos prosze by czegos z moim dzieckiem nie robil, to bezczelnoscia jest kontunuowanie!
Dodam, ze padly ostre slowa, w stylu " ty i ja dlugiej przyszlosci razem nie mamy" z ust mojego meza, bo nie szanuje jego rodziny.
Po wizycie rodzinyn spalam cale 2,5godzizny bo mi dziecko non stop ryczalo jak tylko probowalam je polozyc.
W koncu, zeby rodzina mogla spedzic czas z wnusiem/bratankiem uzgodnilismy ze maz spedzi z nimi wieczor, od zakonczenia pracy az do 23, pilnujac by dzieckiem nie trzesly i nie robily takiego rabanu. A jak dziecko sie zmeczy to maz i tylko maz bedzie sie nim zajmowal - ja w tym czasie odpoczne.
Maz wraca z pracy mowiac mi, ze od teraz do 23 mam wolne i moge sie wyspac (oprocz pompowania mleka bo dziecie narodzilo mi sie bez umiejetnosci ssania). Chwile pozniej dzwoni tesciowa, ze coreczka w szpitalu bo cos jej sie stalo i nie ,ogla sie ruszyc i ja wszystko boli, zeby maz przyjechal. Co jest nie wiadomo. Maz jedzie do szpitala. Po jakims czasie dzwoni, rozmawiamy. Nic nie wiadomo. Zrobili jej badania ale wszystko ok. Podejrzewaja lumbago. Dzis juz nic nie beda robic. €utro jej zrobia rezonans. Mijaja godziny pytam czy wroci do domu, bo musze odpoczac, a on ze zostaje w szpitalu, ale jak chce to przyjedzie do domu i wezmie dziecko DO SZPITALA, na oddzial INTERNISTYCZNY, zebym mogla odpoczac. Mowie, ze nie ma mowy by zabral niemowle do szpitala. Ze jesli tam bardzo potrzebmy to niech zostanie jeszcze troche ale ze go tutaj tez potrzbujemy bo ja juz nie daje sobie rady.
Maz nie przyjezdza, az do momentu kiedy go praktycznie zmuszam.
Czy ja naprawde wymagam od meza za duzo? Czy po 4 tygodniach bez jednej przespanej nocy mam prawo nie zyczyc sobie towarzyskich odwiedzin? Czy musze tlumaczyc komus DLACZEGO nie chce by potrzasala czy robila cos innego z moim dzieckiem?
Czy naprawde jestem nadopiekuncza bo staram sie by moje dziecko nie plakalo bez potrzeby?
Czy moje dziecko musi byc budzone chalasem bo tesciowa chce sie nim pobawic?
Dodam, ze coreczka tesciowej ma sie juz duzo lepiej. Dzis juz chodzila a jutro wypisuja ja ze szpitala. Niemniej maz uznal, ze dzisiejsze poranne 2.5h spotkanie z rodzina (wzial wolne godziny) nie wystarczylo i po pracy znowu pojechal. Wrocil o 20:30 ze slowami "idz spac bo o 23 Cie budze bo musze zarabiac na rodzine".
Powaznie mysle nad rozwodem.