Tak sobie gadałam z przyjaciółką ile jest prawdy w opowieściach typu "mamy dzieci, oboje pracujemy, jesteśmy razem ileś tam lat, a seks jest zawsze zajebisty". Oł rili?
Czytałam w Polityce świetny wywiad z amerykańskim seksuologiem, który pisał, że ludzie są sfrustrowani przez idealistyczne pokazywanie seksu w stałych związkach. Że niemożliwe jest, by przeciętny związek, obarczony pracą, dziećmi i codziennym życiem miał "zawsze" fajerwerki w łóżku. Że to po prostu fizycznie niemożliwe i około 50% miłosnych akcji w związku oboje partnerów uznaje za naprawdę udane.
Zresztą z przymrużeniem oka czytałam na ematce te przechwałki o seksie 7 razy w tyg albo 3 razy dziennie (hehehe), sorry, ale nawet ja ze zdrowym temperamentem nie wyrabiam zakładając, że oboje pracujemy, wracamy późno do domu, który jeszcze trzeba ogarnąć, a rano wstać. A gdyby jeszcze było dziecko? Wolne żarty albo czysta fantastyka. Dodajmy do tego okresowe kłótnie i ciche dni, które seksowi nie pomagają (no chyba że para pije sobie z dzióbków cały czas, ale kto się przez lata związku choć raz porządnie nie pokłócił??), choroby etc. Chyba że "udany seks" dla każdego znaczy co innego.
No to jak jest, dziewczyny? Ściemniamy dalej?