clio_1
03.02.14, 11:44
Spotkałam się w weekend z koleżankami - fajne dziewczyny, wykształcone, stabilne życiowo i zawodowo, z mężami i dziećmi. Postrzegane przez otoczenie jako dobrze sytuowane, mogące sobie na sporo pozwolić. Ogólnie z zewnątrz - sielanka i szczęśliwe życie. W trakcie rozmów wyszły jednak problemy - u jednej ze zdrowiem męża, a co za tym idzie z konfliktami z córkami z pierwszego związku, teściową i byłą żoną (tak, to ta cudowna rodzina patchworkowa, sic), u drugiej z ogólnym porozumieniem z mężem i jego oczekiwaniami co do rzucenia przez dziewczynę pracy zawodowej (czego ona nie chce zrobić i na co absolutnie się nie godzi; dochodzą tez jeszcze inne rzeczy, ale nie chcę tutaj o nich pisać) - generalnie podchodzi mi to pod znęcanie psychiczne.
Zawsze patrzyłam na te dziewczyny z radością, ale i lekką zazdrością (głównie w kwestiach finansowych, bo mimo że nie narzekamy z mężem, to zawsze chciałoby się mieć więcej i lepiej). Po tym spotkaniu uświadomiłam sobie, że one po prostu nie są szczęśliwe. Wiem, że każdy ma swoje problemy - większe, mniejsze, ale myślę sobie, że moje problemy przy ich kłopotach to nic istotnego. Wiem też, że obie sobie poradzą, bo to silne i mądre dziewczyny.
Chodzi mi o to, że niestety nie zawsze to co widoczne na zewnątrz dla otoczenia jest tym samym co schowane głębiej.
Ot, tak się chciałam podzielić...