Dodaj do ulubionych

Prl i niech sie wyplacze...

28.09.14, 09:42
Jak myslicie w jakim stopniu slynny prlowski zimny chow byl stosowany w praktyce? Bo np widze po mojej mamie i tacie - na ustach owszem "nie bierz" "musi sam zasnac" "jeszcze karmisz?" "Gdzie smoczek?" A jednoczesnie jak dzieciatko tyko zapiszczy to ojciec pierwszy wstaje a matka lapie sie za utulanie big_grin Wiec jak to w sumie bylo? Ktos pamieta?
Dodam jeszcze ze mimo iz rodzice z uporem maniaka wynosili nas z lozka w nocy suspicious to jednak cospeeperowali z nami (w dzisiejszym pojeciu) do lat nastu - takie warunki mieszkaniowe mielismy jakie mielismy mieszkajac we 4 w 28m2...
Obserwuj wątek
    • taka-sobie-mysz Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 09:48
      szczerze mówić dopiero teraz z forum dowiedziałam się, że rzekomo w PRL miał obowiązywac zimny wychów...

      Wiadomo, czasy i możliwości były inne, inna świadomość ludzka, to i trochę inaczej podchodziło się do dzieci, ale żeby zaraz zimny chów?
    • gulcia77 Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 10:00
      Mam nieodparte wrażenie, że niektóre elementy tego słynnego "zimnego wychowu" były mądrzejsze i bardziej racjonalne niż totalne zgłupienie, jakie czasem obserwuje się dziś wink
      Z drugiej strony pamiętam parę osób dopieszczanych przez rodziców aż do bólu, niesamodzielnych, odprowadzanych do szkoły prawie po szkołę średnią. Generalnie te osoby u nas, w sensie u dzieciaków, budziły śmiech i drwiny, ale nie było to znowu takie rzadkie.
      • sl-14 Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 10:28
        > Mam nieodparte wrażenie, że niektóre elementy tego słynnego "zimnego wychowu" były
        > mądrzejsze i bardziej racjonalne niż totalne zgłupienie, jakie czasem obserwuje się dziś wink

        Podpiszę się pod tym.smile
    • best_bej Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 10:04
      Teraz trzęsiemy się nad niuniusiami zeby czasem nasza skrzywiona mina nie wywołala w niuniusiu traumy do konca zycia. Bardziej swiadomi jestesmy co i jak. Kiedys nikt nie wnikał. Ciekawe co z takiego wychuchanego pokolenia wyrośnie. Może będzie delikatniutkie a moze bedzie mialo swietną bazę która pozoli zobywać im siwat.
      • sl-14 Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 10:32
        A może będzie pokoleniem niezaradnych egocentryków, z problemami w kontaktach miedzy sobą nawzajem.
      • dlania Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 13:39
        Ciekawe co z takiego wychuchanego pokolenia wyrośnie. Może
        > będzie delikatniutkie a moze bedzie mialo swietną bazę która pozoli zobywać im
        > siwat.

        Przyjdzie wojna, to im od razu proporcje ustawi i nauczy dorosłości.
        • gulcia77 Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 17:00
          sad but true sad
          • marecky81 Re: Prl i niech sie wyplacze... 24.03.25, 21:00
            Babcia miała sąd.
    • grave_digger Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 10:08
      żaden zimny wychów. byłam pod kloszem.
    • plater-2 Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 10:08
      Wychowywalam swoje dzieci w latach 80 .Warunki mieszkaniowe - 38 m2 na kolejno 1,2,3 dziecko.

      W 1980 pojawilo sie I wydanie napisanej w 1946 roku slynnej ksiazki Beniamina Spocka "Dziecko"

      A w niej same nowinki wychowawcze !

      Przede wszystkim elastyczne, wbrew obowiazujacym broszurkom z poradni D, karmienie piersia
      i i butelka !
      Okazuje sie, ze nie ma nic złego w braniu malego dziecka na noc do łózka matki.
      Smoczek jest jak najbardziej OK, ale musi byc ORTODONTYCZNY.

      I wiele innych zaskakujacych pediatryczny personel medyczny porad wychowawczych.

      Wynika z tego, ze z zimnym chowem dzieci skonczono w USA w latach 50, a Polsce w roku 1980.
      • sarah_black38 Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 10:14
        plater-2 napisała:


        > W 1980 pojawilo sie I wydanie napisanej w 1946 roku slynnej ksiazki Beniam
        > ina Spocka "Dziecko"
        >
        > A w niej same nowinki wychowawcze !

        Mamą po raz pierwszy zostałam na początku lat dziewięćdziesiątych i też sobie dr Spocka kupiłam. Nota bene na tej książce zostało wychowane pokolenie amerykańskich hippisów wink . Z rad Spocka nie korzystałam, a słuchałam tego co mówiła mi moja mama. Nie było zimnego chowu.
        • plater-2 brak wychowania ? 28.09.14, 10:34
          Dla mnie objawieniem byly porady z tej ksiazki dotyczace głównie:

          - karmienia piersia, gdybym sluchala mamy i pielegniarek z poradni, nie poradzilabym sobie;
          - porady na temat płaczu dziecka - stosowalam sie i jestem zadowolona;
          - spania z dzieckiem w łózku;
          - póxniejsze wprowadzanie pokarmu innego niz matki (w latach 80 nawet dziecku karmionemu piersia polecano juz od 3 miesiaca dawac zupe jarzynowa a od 5 jajko i mieso).



          Moja mama wychowywala mnie w czasach, gdy nie bylo pralek ! Kobiety umialy wtedy tak pokierowac wyproznieniami (stolec) dziecka, zeby zlapac go w odpowiednim momencie i nie miec do prania kolejnej ubrudzonej kalem pieluchy.
          Moja mama naprawde wysadzala mnie na nocnik od momentu, gdy umialam jako tako siedziec. I naprawde robilam stolec do nocnika zanim nauczylam sie chodzic !

          Mysmy kupili i gierkowski SUPERAUTOMAT za 10.500 zl i nie chcialo nam sie tracic czasu na czajenie sie w celu "łapanie stolca".

          Wysadzaniem na nocnik zajelismy sie, tak jak kaze dr. Spock, poszlo swietnie.


          Spockowi zarzuca sie, ze jest autorem teorii "bezstersowego wychowania".
          Mysle,ze bezstrsowe wychowanie w latach 40 znaczylo zupelnie co innego niz dzis.
          • verdana Re: brak wychowania ? 28.09.14, 13:17
            Wychowałam dziecko bez pralki. Pojęcia nie mam, jak można było "łapać stolec". No chyba, ze cały dzień trzymało sie dziecko zwieszone nad nocnikiem. To legendy strarożytnego Egiptu są.
            • run_away83 Re: brak wychowania ? 28.09.14, 13:25
              Niekoniecznie, zależy od dziecka. Przy pierworodnym jak slyszalam o lapaniu kupy to pukałam się w czoło. U drugiego już na etapue noworodkowym było widać, że zaraz się sfajda, w dodatku nie lubił robić kupska na leżąco, wolał w pionie wink i tak jak tylko jako tako siedział (ok. pół roku chyba) to z sukcesem łapaliśmy kupy do nocnika - używałam pieluch wielorazowych, bo w jednorazówkach królewicz się odparzał, więc było mi to calkiem na rękę wink Trzeci też praktycznie od urodzenia sygnalizuje robienie kupska, ale grzecznie wali w pampki, więc nie chce mi się bawic w nocniki.
              • verdana Re: brak wychowania ? 28.09.14, 13:28
                Ale zapominasz o jednym drobiazgu - dzisiejsze dziecko jest bez porównania łatwiej rozebrać - są pampersy i napy, rzepy, na które zapinane sa majteczki - a nie ceratki, które rozwiązuje sie długo. Zanim rozebrało sie dziecko w ubraniu wiązanym na tasiemki, ew. guziki i rozwiązało pieluszkę - było sfajdane od gry do dołusmile
            • e-kasia27 Re: brak wychowania ? 28.09.14, 13:32
              Nie legendy.
              Moja córka tak miała, że zawsze robiła kupę o tej samej porze dnia, zaraz po jedzeniu o 9-tej.
              To nie była żadna filozofia, żeby kupę złapać.
              Nawet się szybko nauczyła stękać eee.. - jak jej się chciało, bo do pieluchy po prostu nie umiała.
              Za to, dla równowagi, syn robił do pieluchy do czterech lat.
              • verdana Re: brak wychowania ? 28.09.14, 13:34
                Ale rozumiem, ze jest to możliwe w odniesieniu do konkretnego dziecka. Ale kiedyś uważano, ze w przypadku wszystkich dzieci trzeba od 4 tygodnia życia przyuczać je do nocnika.
                • e-kasia27 Re: brak wychowania ? 28.09.14, 13:44
                  No, bo jak się dało przyuczyć, to nie było tyle prania.
                  To tylko z lenistwa i wygody tak uważano, a teraz z lenistwa i wygody zakłada się pampersy.
                  Dzieciom podejrzewam jest to absolutnie obojętne w co s...ą i w żaden sposób na ich przyszłość to nie wpływa.
                  • verdana Re: brak wychowania ? 28.09.14, 13:54
                    Nie, nie jest obojętne - dzieci przyuczane do nocnika sadzano na nim za wcześnie, trzymano za długo, bardzo małe niemowlęta przytrzymywano nad nocnikiem w niewygodnej pozycji.
                    • e-kasia27 Re: brak wychowania ? 28.09.14, 14:02
                      Wierzysz w takie cuda, że tak wszyscy robili??
                      Że się tak rodzicom chciało??
                      Może zdarzali się tacy fanatycy, no ale fanatycy teraz też są.
                      • ichi51e Re: brak wychowania ? 28.09.14, 14:16
                        Jesli dziecko bylo na mm to moglo miec niezle zaparcia - po to je przeciz tymi sokami dopajali. Jak widac ze dzieciak sie meczy, poisz go sliwka i masujesz brzuszek i modlusz sie zeby juz ladunek zrzucil to chyba latwiej sie nauczyc znakow - no i dziecku latwiej robic w pionie/kucu
            • anias29 verdana 28.09.14, 14:43
              > Pojęcia nie mam, jak można było "łapać stolec".

              W moim przypadku polegało o na obserwacji, że 99% kup dziecko (po ukończeniu roku) robiło jakiś kwadrans po spaniu nocnym lub dziennej drzemce. Wystarczało więc wysadzić po wstaniu wink
            • plater-2 Re: brak wychowania ? 28.09.14, 17:10
              Nie sa to legendy. Podobnie jak sa koty, ktore sie zalatwiaja do sedesu.
              Pralas pieluchy w reku ?
              Sposob mojej mamy. Male dziecko (nie noworodka !) trzeba bylo namierzyc, kiedy mniej wiecej oddaje stolec. Najczesciej ma to miejsce po drugim karmieniu ok. 9-10 rano. Wietrzysz pupe dziecka i obserwujesz jego zachowanie, pod pupe dajesz folie i kawalek ligniny. Lignine z kupe wyrzucasz do smieci. do smieci. Takie, ktore sie jako-tako trzyma na siedzaco - czatujesz na mine zapowiadajaca kupe, sdzasz na nocniku (oczywiscie trzymasz pod boki) . dziecko szybko kojarzy nacisk brzegow nocnika na posladki i po jakims krotszym lub dluzszym czasie (zalezy od dziecka i wyczucia matki) samo po kojarzy, prawie natychmiast po usadzeniu oddaje stolec.
              • mava12 Re: brak wychowania ? 25.03.25, 14:10
                >Pralas pieluchy w reku ?

                no ale juz bez przesady! pieluchy "w ręku" to prało sie w latach 50-60-tych. Potem jednak były Franie, a potem "automaty".
                Pieluchy się spłukiwało z kup, do kiedy funkcjonowały te tetrowe a nie pampersy. Czyli gdzieś tak po 2000 r, bo miedzy 1990-2000 pampersy (nowość) były tak drogie, że nie były w powszechnym uzyciu, raczej okazjonalnym.
                Sama wtedy miałam malutkie dzieci, tetrowe. Każda matka, ktora na co dzień opiekuje się swoim dzieckiem, potrafi, u tego starszego, wyczuć kiedy będzie sie wypróżniało i jakos to ogarnia, z czasem. dziecko też ogarnia.
                Moje dzieci nie były przetrzymywane na nocniku i zaczęły z niego korzystać w 'standardowym" wieku.
          • kol.3 Re: brak wychowania ? 28.09.14, 17:17
            Zupki podawano od 5 miesiąca, nie przesadzaj.
            • plater-2 Re: brak wychowania ? 29.09.14, 08:59
              Nie przesadzam, za Gierka od trzeciego.
              • derena33 Re: brak wychowania ? 29.09.14, 09:10
                Za Jaruzelskiego podawalam od 4miesiacasmile
                Ale to dlatego, bo wrocilam do pracy i byl to posilek w czasie kiedy nie bylo mnie w domu.
              • mava12 Re: brak wychowania ? 25.03.25, 14:21
                >Nie przesadzam, za Gierka od trzeciego.

                upraszczasz.
                Ja swoje dzieci zywiłam wg ksiażeczki "kuchnia dziecięca", wyd. II z 1991 r. Wnioskuję że wyd. I było wcześniej. Ciągle mam tę książeczkę
                I tam, przy zywieniu naturalnym, wprowadza się zupe jarzynową, zamiast jednego karmienia mlekiem, jeśli zmniejszył się miesięczny przyrost ciała. Czyli, jeśli waga jest prawidłowa to nie podaje się zupki.
                Zupki jarzynowe (lub kaszki, ryż przetarty, na wywarze jarzynowym) nie wczesniej niż w 5 mż., przy prawidłowym przyroście wagi.
      • verdana Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 13:30
        W Polsce nigdy zimny chów sie nie przyjął. Podobnie jak nie przyjęło sie karmienie butelką, jako jedyne właściwe dla klasy średniej i zdrowsze dla dziecka. Zawsze promowano karmienie piersią.
        • aguar Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 14:31
          verdana napisała:

          > Podobnie jak nie przyjęło sie karmie
          > nie butelką, jako jedyne właściwe dla klasy średniej i zdrowsze dla dziecka

          W przypadku mojej matki się przyjęło, niestety. A i teraz takich nie brakuje.
          • aneta-skarpeta Re: Prl i niech sie wyplacze... 29.09.14, 07:50
            ale to, że ktos tak robił nie znaczy, że było to powszechne

            a trzeba wziąć pod uwagę fakt, że czasem było po prostu koniecznością, a nie modą czy światopoglądem
      • konsta-is-me Re: Prl i niech sie wyplacze... 24.03.25, 21:07
        Oprócz Polski i USA jest jeszcze parę krajów na świecie ...
        Mój austriacki prawie mąż miał zimny chów ,ale wątpię czy z poradników ,raczej z powodu dużej ilości rodzeństwa.
        I twierdzi że nie był karmiony piersią , bo wtedy wierzono że sztuczne mleko czy tam jakieś odzywki jest lepsze niż kobiecy pokarm.

        Tak ogólnie to wątpię czy tak wiele osób w ogóle obchodziły take wskazówki, raczej robiły jak im wygodnie.
    • mondovi Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 10:16
      Urodziłam się w 1979 r., mój brat w 1970 r. - "zimnego wychowu" nie doświadczyliśmy. Za to doświadczyło dziecko w naszej rodzinie rocznik 2006 r. To zawsze był wybór matki.
    • nangaparbat3 Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 10:29
      Z PRL nie ma to nic wspólnego, zimny chow obowiazywal w kulturze euroamerykańskiej w I poł XX wieku. Wydaje mi się, że kraje śródziemnomorskie nigdy za tym nie poszły - szczesliwi.
      Mnie, rocznik 56, dotknelo tylko karmienie CO TRZY GODZINY - bardzo naukowe uzasadnienia to miało. Poza tym wypieszczono mnie do przesady. Malo tego. Pewnego dnia, zmeczona nieustannym przebywaniem z noworodkiem u piersi, pozstanowilam zastosowac metode Spocka, ktory jakoby z "zimnym chowem" skończyl. Zostawilami przewinieta corke w lózeczku, zamknelam drzwi i zaczelam czekać, "aż sie wyplacze". Po kilku - dosłownie kilku, to trwalo chwilę - minutach moja peerelowska mama wstala, wyszla i przyniosła mala do nas. Do dzisiaj jej jestem za to wdzieczna, nigdy wiecej nie dawalam "sie wyplakać".


      "jesli chodzi o dywany - mam na nie specjalne pokrowce z bawełny (z uwagi, że dywan w salonie jest biały), gdy mam tłum gości po prostu go zakładam"
      • verdana Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 13:18
        U mnie to samo zrobił PRL-owski ojciec, matka w tym czasie opieprzała mnie za brak sercasmile
    • ida_listopadowa Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 11:05
      Jestem rowniez z tych wychowanych w PRL i ja widze znaczna różnice. Przede wszystkim w podejściu do dziecka. Po pierwsze, w latach 70 i 80 dziecko nie bylo osoba, a przedmiotem należącym do rodziców, a w zasadzie matki. Ojciec, ktory z dzieckiem robił cokolwiek, bawił sie, rozmawiał, wyprowadzal na spacer - to byl jakis wariat.
      Dzieci dyscyplinowali sie glownie biciem i to nie chodzi o klaps, a o konkretne siniaki i krew. W latach 80 normalna praktyka w szkole bylo bicie przez nauczyciela "do pierwszej krwi". Nikt za to nie odpowiedział w żaden sposob.
      Dzieci miały mnostwo obowiązków związanych z pracami domowymi i opieka nad młodszym rodzenstwem, a nauka byla nagroda. Moja siedmioletnia kolezanka po szkole sprzątalam caly dom, odbierała ziemniaki i marchewki na obiad, a potem szla po brata do przedszkola. I tak codziennie!
      Sport, ruch na świeżym powietrzu to byla fanaberia. Należało siedziec cicho w kacie, w domu.
      Dzieci nie miały prawa wybierać co chca jesc. Jadly, co zostalo po dorosłych, za niejedzenie karano biciem.
      Lekarze, pielęgniarki w szpitalach ignorowało dzieci, bili te płaczące. W nocy moja 9- letnia siostra obudziła sie z bólem - kroplówka skończyła sie i zaczęła zasysać krew. Mimo krzyków i próśb nikt nie pomógł, zwlokla sie z łóżka i przeczołgała (ciagnąć kroplowke) do pielęgniarek, ktore ja o..dolily i skrzyczaly.
      Do kolezanki, ktora na wf straciła przytomność nie wezwano pomocy. Pobiegłam po pielęgniarkę, mimo ze mi zakazano wychodzic i dostalam naganę!

      Zaiste wspaniałe czasy. Chcecie wiecej? Jak mozna sie u ogole zastanawiać nad tym zimnym wychowem. Taki byl powszechnie popierany zwyczaj, dzis nikt by tak psa nie traktował.
      • ida_listopadowa Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 11:08
        Bardzo przepraszam za literówki, z telefonu piszę, a ze temat dla mnie bliski emocjonalnie, to tak wyszlosad
        • e-kasia27 Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 11:45
          Ida, bardzo ci współczuję.
          Musiałaś się w bardzo patologicznych warunkach wychowywać, skoro masz takie straszne wspomnienia.
          Ale takie warunki, to nie był standard PRL-u - wtedy też była to patologia - miałaś pecha.
          Choć muszę przyznać, że patologii było wtedy zdecydowanie więcej niż teraz i w zasadzie niewiele można było z tym zrobić.
          • verdana Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 13:33
            Nie sądzę, aby patologii mogło być więcej - patologia ma to do siebie, ze jej procent jest zwykle podobny, niezależnie od epoki.
            • e-kasia27 Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 13:53
              Być może, ale z czasem, coraz więcej rzeczy uważa się za patologię.
              Przykład bicia - teraz teoretycznie jest zakazane, a jeszcze niedawno było dozwolone.
              Więc z naszego puntu widzenia patologii było więcej, bo my więcej rzeczy uważamy za patologię.
              • verdana Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 13:55
                Tak, tylko widzę, że zamiast bicia rodzice, którzy nie sa szczególnie dobrzy dla dzieci gnębią je psychicznie. Dla dziecka, niestety, nie jest to wielka różnica.
                • e-kasia27 Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 14:08
                  No, nie jest, ale żeby to zmienić trzeba by zmienić świadomość ludzi, a to jest niemożliwe z dnia na dzień.
                  Z czasem jest coraz lepiej, i z tego się należy cieszyć.
                  Jednak los uśrednionego dziecka z czasów obecnych jest zdecydowanie lepszy niż dziecka sprzed stu lat.
                  • verdana Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 16:28
                    Wcale nie mam wrażenia, ze jest lepiej. Rodzice mają świadomość, że sie nie bije, ale nie mają świadomości, ze dziecku trzeba dać trochę swobody i nie traktować dzieciństwa jako czasu, gdy dziecko ma przygotować sie do kariery zawodowej. I że dziecko ma prawo być niedoskonałe.
                  • nangaparbat3 Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 20:09
                    e-kasia27 napisała:

                    > Jednak los uśrednionego dziecka z czasów obecnych jest zdecydowanie lepszy niż
                    > dziecka sprzed stu lat.
                    Pewnie że lepiej, nie umieraja na choroby zakaźne wieku dziecięcego, bo sie je szczepi (ale jak dobrze pojdzie, to sie z tym uporamy), nie zaczynają pracować jako dwunastolatki, (zamiast tego chodzą do szkoły, co uwazają czesto za udrękę), mają co jeść, nawet jesli niedojadają, to daleko im do niedozywionych dzieci z "piwnicznej izby".
                    Ale to wszystko raczej dzieki zmianom cywilizacyjnym niż świadomości rodziców.
        • dlania Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 13:54
          Wyrazy współczucia.Dzieciństwo przezyłam w latach, które opisujesz, na prowincji, z rodziny raczej patolskiej jestem - ale to co opisujesz jest mi obce. Bicie do krwi??? Chryste.
          Z opieki nad młodszym rodzeństwem pamietam, że raz w tygodniu,w niedziele miedzy 10 a 11 mama mnie wystawiała z wózkiem na podwórko i kazała młoda wozić - bardzo byłam nieszczęśliwa z tego powoduwink Starszą z przedszkola odbieram sporadycznie, jak się matka upiła.
        • nangaparbat3 Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 20:17
          To ja przepraszam za mój wpis poniżej, uznalam, ze pisze mloda osoba, ktora zna temat z tendencyjnych opowieści i prasy, zwlaszcza "bicie w szkole do pierwszej krwi" mną tąpnęło - naprawdę trudno w to uwierzyć (chociaz moja pierwsza wychowawczyni rzeczywiscie biła, ale to byla jedyna bijaca nauczycielka na kilkadziesiąt, z jakimi sie zetknelam - lata 60.)
      • maadzik3 Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 11:11
        Co do szpitali masz niestety rację, pediatria była straszna (zwykle). Reszta jednak zależała od ludzi. Jakoś ze mną tata zawsze rozmawiał, chodził naspacery, jeździłna wycieczki, tulił i kochał. Dalej mam z nim świetny kontakt. Jak najbardziej lata 70-te wink
        • annajustyna Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 14:07
          Np. pediatria w Szczecinie - trafilam w wieku 1 roku i 4 m-cy, po reakcji alergicznej na szczepionke na ospe prawdziwa (grudzien 77): Moja matka zostala zwyzywana przez ordynatorke za to, ze dziecko zbytnio do siebie przywiazana (plakalam cala noc za mama, a jak przyszla na drugi dzien to strategicznie nie chcialam sie oderwac od jej torebki, juz zajazrylam, ze mama i torebka to jednosc wink).
          • vocativa Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 19:48
            Później też różnie niestety bywało, mój mąż był bardzo chorowitym dzieckiem i dużą część swojego wczesnego dzieciństwa przeleżał w szpitalach.To była końcówka lat osiemdziesiątych. Teściowa mi opowiadała, że jak przychodziła do mojego męża w odwiedziny(raz na tydzień) to pielęgniarki mówiły,żeby nie pokazywała się synowi, bo później płacze... Więc ona sobie oglądała go przez szybkę... Tak więc jakąś tam normą było,że 2-3 latek mógł nie widzieć matki 2 tygodnie. Dla mnie jako matki dwulatka obecnie coś niewyobrażalnego. Chyba byśmy z mężem ścianę w takim szpitalu wyburzyli żeby się dostać do syna tongue_out
            • annajustyna Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 20:12
              Mamie potem tez kazali tylko przez szybke zagladac do mnie, a mnie na relanium czy inszym valium trzymali, bo "histeryzowalam" za mama sad. Jak sobie przypomne, jak strasznie plakala i nie chciala "wspolpracowac" moja 2,5-roczna corka przez pierwsza noc w szpitalu (mialysmy wspolny pokoj) po podejrzeniu wstrzasnieniu mozgu i jak zupelnie inne bylo podejscie personelu (bylo to rowno rok temu).
              • vocativa Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 21:45
                Współczuję sad No, czego by nie mówić, to jest ogromny postęp,że w tej chwili rodzic jest nie do ruszenia.
          • heca7 Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 20:41
            Wiecie jak wyglądało wtedy umieranie dzieci na raka? Ja wiem bo mój cioteczny brat w wieku 7 lat umarł. Kiedy dzieciak odchodził i stawało serce wpadał do sali zespół reanimacyjny, rzucał się na umęczone ciało i przywracał oddech. W sposób brutalny, często na oczach rodziców (mojej cioci też). Za trochę dziecko umierało znowu i znowu wpadał zespół. Aż wreszcie za którymś razem dziecka nie udało się reanimować i umierało. Nie dawano odejść im w spokoju mimo, że już było wiadomo, że tylko cud może takie dziecko uratować.
            • vocativa Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 21:50
              Straszne sad
      • gulcia77 Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 11:14
        Nie wiem gdzie dorastałaś, ale chyba nie w PRL-u lat 80-tych big_grin
        Niekt mnie w szkole nigdy nie uderzył, moich szkolnych kolegów też nie. Z pobytów w szpitalu z dzieciństwa pamiętam dr Małecką, świętą pediatrii w województwie Katowickim, przy okazji taką ukochaną babcię wszystkich chorych dzieci i fantastyczne pielęgniarki w szpitalu na laryngologii, o drze Michelu nie wspominając, bo to cudowny człowiek. Wcinałam co chciałam i to my, dzieciaki, dostawaliśmy najlepsze kąski. Lanie dostałam raz, całkowicie zasłużenie. My chyba w innych krajach dorastałyśmy big_grin
        • derena33 Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 14:07
          Gulcia ty z Bytomia? Dr Michel przyjmuje do dzis, a jeszcze 2 lata temu pelnil zastepstwo na laryngologii dzieciecejsmile

          Dr Malecka leczyla mojego syna jak byl malutki, swietna lekarka i kochany czlowiek.

          Ja tez wychowywalam dziecko razem ze Spockiem ( lata 80te), rad rodzicow jako mloda zadufana w sobie matka nie chcialam sluchac.smile
          Nie pamietam zimnego chowu, ani sama tak nie bylam wychowywana, ani sama tak nie wychowywalam. Malo tego moj Tato tez sie nami zajmowal,tak jak i Mama.
          Moi rodzice tez mieli cieple stosunki ze swoimi rodzicami.

          Mysle ze zimny chow zalezal bardziej od ludzi, a nie od epoki, zreszta mysle ze i dzis jest tak samo.
          • gulcia77 Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 14:45
            Z Bytomia smile Dr Michel życie mi uratował, bo jako pierwszy wyczaił w moim wczesnym niemowlęctwie, że zapalenie ucha środkowego u mnie nie jest spowodowane infekcją bakteryjną, a grzybiczą. Potem leczył mnie jeszcze w czasach masakrycznych problemów z migdałkami (miałam całkiem poważne powikłania) i sam je usuwał. Złoto nie człowiek smile
            • grey_delphinum Re: Prl i niech sie wyplacze... 25.03.25, 22:54
              Pamiętam Małecką, okropnie nieprzyjemna baba, darła się ns dzieci i rodziców, ale świetna lekarka. Prawdopodobnie uratowała mi zycie, kierując na operację do Łodzi, do dr. Mola.
              • grey_delphinum Re: Prl i niech sie wyplacze... 25.03.25, 22:55
                I mam akurat bardzo dobre wspomnienia ze szpitali, a spędziłam w nich jako dziecko sporo czasu.
      • nickbezznaczenia Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 11:15
        Jako pięciolatka spędziłam miesiąc w szpitalu i jedyna rzecz, którą źle wspominam to odwiedziny rodziców tylko w niedzielę, ale pielęgniarki i lekarze byli bardzo fajni.smile
      • mondovi Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 11:16
        Ida - takie może masz obserwacje. Ja odmienne. Nie rób reguły ze swoich doświadczeń. Idąc tą drogą można by mówić, że dzieci teraz są wożone z lekcji fortepianu na tenis i przegapić większość żyjącą w innych warunkach.
      • marianna72 Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 11:30
        no ale co ma do tego PRL jak poczytasz o traktowaniu dzieci na poczatku XIX wieku to bylo jeszcze gorzej .
        Pomijajac,ze ja np rocznik 1972 takich wspomnien nie mam nie chodzilam do zlobka bylam z babcia ,latalismy po podworku calo grupa po szkole i po odrobieniu lekcji do wieczora .
        W dziecinstwie i we wczesnej mlodosci nigdy mieszkania niestety nie wysprzatalamwink)) a przydaloby mi sie na przyszlosc ,rodzenstwa nie mialam wiec nikogo nie pilnowalam
        .Nikt mnie nigdy nie uderzyl w szkole widzialam bicie linijka ( 2 razy, zadna pierwsza krew).
        Co do sportu chodzilo sie na zajecie korekcyjnie i w piatej klasie podstawowki przychodzili instruktorzy wylawiac talenty do szkoly sportowej
        .Co do jedzenia pewnie ogolnie byl mniejszy wybor ale nie przypominam sobie zebym musiala jesc cos czego nie chicalam wiec prawdopodobnie zywilam sie ciagle tym samymm bylam niejadkiem
        Podobnie jest zreszta z moim 11 synem , ktory ma 7 ulubionych potraw na krzyz wiec nawet juz sie nie wysilam i nie gotuje mu nic specjalnego tylko robie co lubi i sie nie stresuje.
        Mam nadzieje ,ze mu przejdzie jak mi kiedy to w pewnym wieku zaczelam jesc wszystko . Mysle ,ze wiele zalezy od srodowiska w jakim ktos sie wychowal bicie dzieci za niejedzenie np stosuje rowniez obecnie wiele rodzin" trudnych" , ktore znam ( pracuje z takim rodzinami ) .
        • jan.kran Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 20:20
          Z reguły nie piszę nie czytajac wszystkich wpisów ale nie mam czasu , poczytam potem.
          Ja miałam super dzieciństwo w PRL. Nikt mnie nie bił i nie stresował , nie pamiętam też żeby moi rówieśnicy byli bici.
          W szkole na pewno nie było przemocy fizycznej.
          Dzriciństwo jest zalezne nie od systwmu ale od rodziców , mi sie fajin trafilismile))
      • sko.wrona Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 12:39
        Ja doświadczyłam PRLu trochę później, ale:
        - bicie w szkole pamiętam, może nie do pierwszej krwi i "tylko" linijką/wskaźnikiem
        - małe dzieci w szpitalu zostawione sobie, delikatnie mówiąc
        - dorzuciłabym do tego opowieści z porodówki
        - karmienie noworodków z zegarkiem w ręku co trzy godziny

        W mojej rodzinie płaczące niemowlęta brało się na ręce, ale wiem, że to nie było regułą (tak jak teraz nie jest, że wszyscy stosują rodzicielstwo bliskości). Dlatego ja bardzo alergicznie reaguje na "nie podnoś bo się przyzwyczai".

        Dorzuciłabym jeszcze do tego, że małe dziecko śpiące bądź nie, można było zostawić samo w domu.
      • vi_san Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 12:44
        Ida, można ci tylko współczuć...
        Ja też z wychowanych w PRL-u.
        1. Tata robił z nami [ze mną i siostrą] masę rzeczy - zabierał na wycieczki, wakacje, ale i na co dzień odrabiał historię [znacznie ciekawiej, niż pani w szkole!], uczył samodzielności...
        2. Moi rodzice nigdy mnie ani siostry nie bili. Klapsy, które w życiu dostałam mogę policzyć na palcach jednej ręki [a i to nie mogę mieć pretensji do rodziców...]
        3. Żadnemu z moich nauczycieli nie przyszłoby do głowy bić do krwi!!! Za to normalnie groził prokurator!
        4. Miałam obowiązki domowe - owszem. Sama przygotowywałam sobie kanapki na śniadanie, sprzątałam wraz z siostrą mieszkanie [wytarcie kurzy, odkurzanie], zmywałam naczynia, wynosiłam śmieci itp. Nauka była moim obowiązkiem, a nie żadną nagrodą.
        5. Na świeżym powietrzu spędzałam mnóstwo czasu, jeździłam na rowerze, wrotkach, graliśmy całą bandą w piłkę, w przeróżne gry, wieczorem trudno było zwołać nas do domów...
        6. Jadłyśmy to samo co dorośli, ale nie to co po nich zostało! U mnie w domu obowiązywała prosta zasada - dania stały na stole na półmiskach i każdy nakładał sobie na talerz odpowiednią porcję - i fakt, zasadą było, że co sobie nałożyłaś - to musisz zjeść. Ale nie bito nas za niejedzenie.
        7. Kilkakrotnie z różnych przyczyn przebywałam w szpitalach, kilkakrotnie byłam "szyta". Zawsze i lekarze i pielęgniarki byli troskliwi, bez zbędnej czułostkowości, ale profesjonalni i spokojni, a wcale nie byłam "idealną" pacjentką...
        8. W razie jakiegokolwiek wypadku w szkole [na wf-ie, na korytarzu itp.] natychmiastowa była obecność i pierwsza pomoc szkolnej higienistki, w razie potrzeby wzywano pogotowie.
        I, żeby nie było - podobnie jak ja miała większość dzieciaków w mojej okolicy [w końcu z kimś w ta piłkę grałam, zapewne nie z dzieckiem szorującym cały dom bez ustanku?]: każdy miał swoje obowiązki [porządkowe, noszenie węgla - w starym budownictwie wcale nie rzadkość, wyprowadzanie psa], ale i wszyscy mieli całkiem sporo "luzu". Pewnie, byli rodzice bardziej i mniej wymagający, surowsi i łagodniejsi, ale takie sytuacje jak opisujesz, to były raczej sytuacje jednostkowe, nie standard. A, i żeby nie było, że ja z jakiejś elitarnej enklawy - Trójmiasto, dzielnica zamieszkiwana głównie przez stoczniowców.
        • gulcia77 Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 13:02
          Ja jestem z osiedla górniczego i podpisuję się obiema rękami.
          Inna rzecz, że mój ze wsi z PGR-em i jego wspomnienia są trochę inne, niż moje. Z tym, że jest ode mnie osiem lat starszy, więc to pewnie ma jakiś wpływ.
        • zuzanna56 Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 21:45
          Ja też z Trójmiasta. Mieszkałam może nie bardzo blisko ale nie aż tak daleko Wałęsy a blisko mieszkała ciocia z wujkiem. Bardzo dobrze wspominam dzieciństwo w PRL smile
      • beverly1985 Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 13:01
        Chyba opowiadasz o metodach w XVIII-XIX wieku, a nie czasach PRLu.
      • landora Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 13:44
        To okropne, co opisujesz, jednak ja mam z tych czasów zupełnie inne doświadczenia. To, że ty tak miałaś nie znaczy, że to była norma.
        Mnie nikt nie bił, nie zmuszał do jedzenia i nie traktował jak przedmiotu. Moich rodziców też moi dziadkowie nie bili, co więcej, mój dziadek się swoimi dziećmi zajmował.
        Jeszcze za PRLu moi rodzice oddawali lepszą wedlinę czy wystane mięso dziecku.
        Dzieci biegały po dworze dużo więcej niż dzisiaj. W szkole były sksy dla chętnych.
        Rodzeństwa nie mam i nie musiałam gotować obiadów dla całej rodziny. Miałam normalne obowiązki domowe.
        Mam wrażenie, że w ogóle byłam chowana trochę pod kloszem.
      • pederastwa Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 14:06
        Mam kompletnie inne wspomnienia.
        Nikt mnie nie bił, ani w szkole ani w domu. No dobrze, moze ze 2 razy dostalam klapsa. Ale gdyby jakiś nauczyciel mnie uderzył, jestem pewna, że moi rodzice by zareagowali.
        Nie miałam żadnych obowiązków związanych z pracami domowymi (co akurat uważam za błąd i na pewno go nie powtórzę). Moim zadaniem było się tylko dobrze uczyć.
        Na spacery chodziłam wyłacznie z tatą. NIe pamiętam żeby kiedykolwiek na niedzielny spacer poszła ze mną mama.
        Dostawałam normalne posiłki, takie jak reszta domowników, nie żadne resztki.
      • cosmetic.wipes Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 14:51
        Urodziłam się na samym początku lat 70-tych.

        Ojciec wstawał do mnie w nocy z taką samą częstotliwoscią jak matka, spałam w łóżeczku w pokoju rodziców.
        Nie chodziłam do żłobka, opiekowała się mną przyszywana ciocia - sąsiadka. Mając 3 lata poszłam do przedszkola.
        Byłam karmiona butelką od urodzenia, ale na żądanie, tak samo jak moje rodzeństwo starsze o kilkanaście lat. Butelka, bo mama nie karmiła ze względów medycznych, babka (mama mamy) za nieprzestrzeganie 3-godzinnych przerw odsądzała moich rodziców od czci i wiary.
        Nigdy nie zostałam uderzona, ani w domu, ani w szkole. Jedyny przypadek "przemocy" jaki odnotowałam w rodzinie, to liść w wykonaniu matki, kiedy mój 19-letni brat wrócił do domu po imprezie. Impreza przeciągnęła się o 4 dni, a przypominam - były to czasy przedkomórkowe i niespecjalnie bezpieczne dla młodzieńców, którzy byli nieco wyrywni w demonstrowaniu wolnosciowych poglądów, matka obdzwoniła wszystkie szpitale, milicję i kostnice w mieście i zdążyła niemal osiwiec ze strachu.
        Pamiętam przypadek koleżanki, która nie chciała rozebrać się na WF, bo miała sine pręgi na plecach i nogach. Szkoła od razu przeprowadziła interwencję, z tego co pamiętam rodzina w tempie ekspresowym dostała kuratora.
        Kiedy miałam cztery lata ojciec lakierował mi paznokcie, bo księżniczka miała takie życzenie, a tata stał na stanowisku, że wszystkie życzenia księżniczki są dla niego rozkazem.
        W wieku 8 lat wylądowałam w szpitalu. Rzeczywiście odwiedziny były dość ściśle reglamentowane, ale personel wspominam miło - był czerwiec, pielęgniarki przynosiły nam na salę kupione za własne pieniądze truskawki.
        Siłą rzeczy nie opiekowałam się młodszym rodzeństwem, bo go nie było, ale mając lat 9 zostałam ciocią i musiałam błagać brata i bratową, żeby dali mi wyjść z wózkiem na spacer.
        Początkiem lat osiemdziesiątych BRAT wziął urlop dziekański, żeby opiekować się przez rok swoją nowo narodzoną córką, bratowa kontynuowała studia.
        Nigdy nie spotkałam się z tym, że dzieci dojadały po dorosłych. U nas najlepsze kąski były przeznaczone dla najmłodszych.
        Moim jedynym obowiązkiem było się uczyć. Co akurat nie było specjalnie korzystne dla mnie, bo wszelkich prac domowych, gotowania, robienia zakupów i płacenia rachunków musiałam nauczyć się dość nagle i na własnych błędach (taka sytuacja rodzinna).

        I to wszystko działo się w latach pi razy drzwi 1970-1990.
        Oczywiście absolutnie nie twierdzę, że moja historia jest reprezentatywna dla większości, ale twoja ido także nie jest. Wydaje mi się, że najbardziej powszechny był system pomiędzy tymi dwoma skrajnościami.
      • jolunia01 Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 15:13
        ida_listopadowa napisała:

        > ... Dzieci dyscyplinowali sie glownie biciem..., normalna praktyka w szkole bylo bicie
        > przez nauczyciela "do pierwszej krwi". ...

        Chodziłaś do szkoły w zakładzie poprawczym dla ciężkich przypadków? W zwykłych rodzinach i normalnych szkołach takiej praktyki nie było.


        > Dzieci miały mnostwo obowiązków związanych z pracami domowymi i opieka nad młod
        > szym rodzenstwem, ...
        > Sport, ruch na świeżym powietrzu to byla fanaberia. Należało siedziec cicho w k
        > acie, w domu.

        Mnóstwo? - czyli zamieść podłogę, ewentualnie umyć ze dwa talerze, ostatecznie podgrzać zupę i odebrać rodzeństwo z przedszkola (no, czasem posiedzieć przy kołysce/łóżeczku, jak rodziców nie było)


        > Dzieci ...Jadly, co zostalo po dorosłych, za niejedzenie karano biciem.

        chyba u skrajnej patologii.

        > Lekarze, pielęgniarki w szpitalach ignorowało dzieci, bili te płaczące.

        W szpitalu więziennym? Bo chyba nie w KL?

        itd., itp.

        Ida, albo masz chorą wyobraźnię, albo nie miałaś do czynienia z normalnym życiem. Innego wytłumaczenia twoich wizji nie znajduję.
      • kol.3 Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 17:31
        Gdzie Ty się wychowywałaś??? Bicie w szkołach w latach 70-80? Ruch to fanaberia ? Biegaliśmy jak szaleni do zmroku, mama gotowała i piekła to co lubliśmy najbardziej, uradowana że mamy taki dobry apetyt i różowe pyzy, ojciec chodził z nami na spacery, na sanki, kupował nam ciuchy, rozpieszczał nas niesamowicie, jeszcze bardziej niż mama i nikt go za wariata nie uważał.

        To dzisiaj znam przypadki, że pani rodzi trójke dzieci, ale praktycznie dzieci wychowuje najstarsza córka, bo zastępuje matkę w całej czarnej robocie, wstaje w nocy, przewija, odprowadza do przedszkola, zachrzania na pełny etat. Patologia jak widać była i jest, ale to nie znaczy że w latach 70-80 patologiczne zachowania były normą.
      • nangaparbat3 Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 20:01
        "Listopad dla Polakow niebezpieczna pora...."
        Z mnostwa pojedynczych drastycznych incydentow budujesz wizje ogolną, wcale nie prawdziwą.
        Jak ze snu, z horroru, z listopadowego szaleństwa wlasnie.
        Nawet trudno dyskutować z taką liczbą bzdurnych uogolnień.
      • male_a_cieszy Re: Prl i niech sie wyplacze... 29.09.14, 13:00
        Ale to raczej normą nie było. Moje dzieciństwo i wczesne lata podstawówki to lata 80-te. Nie byłam bita w ogóle, a nikt z moich znajomych nie był bity do krwi. Chociaż zdarzało się, że lanie dostawali co poniektórzy. Mam młodszą siostrę, której niańczyć nie musiałam. Na podwórku mogłam przebywać ile chciałam. Nomz jedzeniem moja mama schizowała, żebym zjadła wszystko (bo taki chudy niejadek byłam), ale gotowała to o czym wiedziała, że wszyscy zjedzą. W szpitalu leżałam jak miałam trzy lata i nikt mnie nie bił, a jedyne traumatyczne wspomnienie z tego pobytu to to, że dziewczynka z łóżeczka obok zepsuła mi lalkę. A do szpitala moja mama co dzień przywoziła mi obiad bo odmawiałam jedzenia szpitalnego.
        Tak więc współczuję dzieciństwa, ale to co piszesz nie było chyba regułą (przynajmniej opierając się na wspomnieniach moich i innych forumek)
      • login.na.raz Re: Prl i niech sie wyplacze... 24.03.25, 20:46
        To chyba jakaś patologia była, nie norma.
      • jakornelia12345 Re: Prl i niech sie wyplacze... 24.03.25, 20:46
        "Dzieci dyscyplinowali sie glownie biciem i to nie chodzi o klaps, a o konkretne siniaki i krew. W latach 80 normalna praktyka w szkole bylo bicie przez nauczyciela "do pierwszej krwi". Nikt za to nie odpowiedział w żaden sposob."
        Współczuję patologicznych rodziców i nauczycieli. Nie wiem, na jakim dzikim zakuprzu żyłaś.
        Nie do pomyślenia było u mnie na wsi, aby dziecko chodziło zakrwawione i z siniakami. W latach 80. chodziłam do podstawówki i tak samo nie do pomyślenia było bicie przez nauczycieli, a już szczególnie do jakieś "krwi". Metoda dyscyplinowania przez nauczycieli polegała na wpisaniu uwagi do zeszytu, którą podpisać miał rodzic. Kara polegała na werbalnym ochrzanie przez rodzica i zakazie pójścia z koleżanką w dniu przewinienia na rower, czy tam na skakanie w gumę.
        To, co opisujesz to ciężka patologia. Ale naprawdę, w cywilizowanych częściach Polski tak nie było. Dzieciarnia po szkole nie pracowała w charakterze niewolników, ale właśnie uprawiała aktywność ruchową. Nie było orlików i innych takich, ale były rowery, badminton, piłki, zimą sanki. Pozbawienie na jedno popołudnie takich aktywności za jakieś przewinienie to była ciężka kara.
        • senin1 Re: Prl i niech sie wyplacze... 24.03.25, 22:22
          Ja do podstawowki chodzilam w latach 60-tych i tez a tak nie bylo. W szkole owszem byly "lapy" za przewinienia, ale juz w szkole sredniej zadnego bicia nie bylo. W domu dyscypline niestety ojciec utrzymywal przy pomocy pasa (szerokiego,'wojskowego') zwykle pytal nas na ile 'zaluzylismy' , ale pamietam moze ze cztery takie akcje . Zreszta i to skonczylo sie
          jak osiagnelismy wiek nastoletni. Ruchu bylo az zanadto, i latem i zima. W domu owszem, byly obowiazki, jakies tam sprzatanie, przynoszenie wegla z piwnicy (to zima, bo piece byly). Ja nie narzekalam bo sprzatac bardzo wtedy wink lubilam. Rowery mielismy odkad pamietam, a rodzice nie byli jakimis 'dyrechtorami". No i byl tez klucz na szyi, bo mama z tata pracowali i szklole konczyli, wieczorowa.
        • kocynder Re: Prl i niech sie wyplacze... 27.03.25, 07:40
          To nie kwestia "w cywilizowanych częściach Polski", tylko w każdej części Polski mogło się trafić patolstwo. I tak, 100/100, to co opisała autorka to głęboka patologia. Ja urodzona w latach '70, czyli moja szkoła to lata '80. Owszem, niektórzy koleżanki/koledzy dostawali lanie za różne przewinienia - ale właśnie z tych "gorszych", patologicznych domów (wcale nie koniecznie robotniczo - chłopskich, patologia nie jest zarezerwowana wyłącznie dla osób niezamożnych!). Pamiętam jeden przypadek, ojciec lejąc dziecko pasem trafił sprzączką i rozerwał skórę na udzie - następnego dnia sprawa była przez szkołę zgłoszona na milicję, do wszystkich możliwych służb i facet nigdy więcej nie tknął syna. Absolutnie niedopuszczalne była "bicie do krwi" przez nauczyciela! Sporadyczne i bardzo źle oceniane przez sąsiadów były sytuacje, że starsze rodzeństwo musiało non-stop niańczyć młodsze. Oczywiście trzeba było np zabrać brata/siostrę jak się szło na rower czy sanki (a często wolałoby się nie!), ale jednak raczej na zasadzie wspólnej zabawy, a nie stałej i pełnowymiarowej opieki. Chyba każdy miał w domu jakieś obowiązki, typu odkurzanie, wycieranie kurzu, wynoszenie śmieci, wyjście z psem, nieco starsi podszykowanie obiadu albo drobne zakupy - ale nadal pozostawał ogrom czasu, w którym, mogliśmy robić właściwie wszystko - w ustalonych granicach. Nie było co prawda zajęć tenisowych z trenerem czy klubu fitness, ale była piłka to się godzinami grało w zbijaka, dwa ognie, siatkówkę czy cztery ognie, była guma, więc się skakało "rowerek, baba, nóżka, krzyżak", była skakanka, było hula-hop, były rakietki i lotka, był rower, a jak nie, to się za malucha brało koc, lalki, szmatki i bawiło z psiapsiółkami w dom.
          I masz rację - ciężką karą był "szlaban na wyjścia".
    • fomica Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 11:14
      PRL trwał 45 lat, czyli wychował prawie trzy pokolenia, więc może nie wrzucajmy wszystkiego do jednego wora z napisem PRL?. Inaczej podchodzono do wychowania w latach 40-tych, inaczej pod koniec 80-tych.
      Jedynie z relacji kobiet ze starszego pokolenia znam opowieści o karmieniu głównie butelką, regularnie co 3 h i dopajaniu głodnego niemowlaka koperkiem. Oraz niemożności dotknięcia noworodka po porodzie.
      Te kwestie dotycza bardzo małych dzieci, tak do roku, więc nie są przez nie pamiętane. Wobec dzieci starszych, bardziej świadomych, niczego takiego nie było.
      • olewka100procent Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 13:25
        późniejszy PRL - do pierwszej klasy mama mnie prowadzała tydzień czasu. Równie szybko inni rówieśnicy zaczęli do szkoły chodzić sami. Jedyne zajęcia dodatkowe w szkole, to było kółko wyrównawcze,harcerka i SKS. Angielskiego nie było , tylko niemiecki od 4 klasy. Na podwórku spędzało się całe dnie, w zimie nawet, parę godzin zjeżdżaliśmy na sankach, ślizgaliśmy się na zamarzniętych kałużach i lepiliśmy bałwany. U lekarza pamiętam, na byle katar zapisywali antybiotyk i tydzień zwolnienia ze szkoły. Co do zimnego chowu, no cóż to chyba też kwestia indywidualna każdego rodzica, nie miało to chyba dużo wspólnego z ówcześnie panującą epoką a raczej od umiejętności okazywania uczuć, wychowania naszych rodziców przez dziadków, a wiadomo , że dziadkowie mieli ciężej po wojnie i nikt sie chimerami płaczącego berbecia za bardzo nie przejmował. Miałam jedną koleżankę trzymaną pod kloszem, jednak nawet ona jako 5 letnia dziewczynka bawiła się już sama na podwórkowym placu zabaw, mnie ojciec puścił samą jako 4 latke, nawet tego nie pamiętam, ale matka mi opowiadała, że był zmęczony po robocie a ja chciałam strasznie wyjść na dwór, mamy nie było, i co tatuś zrobił, puścił mnie, a sam siedział przed TV , przeżyłam smile
    • e-kasia27 Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 11:32
      Nie myślę, tylko wiem z praktyki, bo już stara baba jestem, więc PRL znam.
      Było tak samo, jak teraz - jedni mieli dobrych rodziców inni złych.
      Jedni rodzice zajmowali się swoimi dziećmi ponad miarę, inni wcale, a reszta akurat tyle, ile trzeba.
      Wcale się tak znowu wiele w tej materii nie zmieniło.
      Teraz jest trochę więcej dobrych rodziców, bo jednak świadomość i inteligencja ogólna społeczeństwa trochę wzrosła, ale znowu nie aż tak bardzo, żeby pokolenie moich rodziców, czy dziadków uważać za totalnych idiotów.
      Idioci zawsze byli, są i będą, tak samo, jak i ludzie rozumni.
      Nie ma co tak generalizować, że wtedy to było tak, a teraz to odwrotnie.
      To tylko wojna pokoleń - młodym się wydaje, że starzy to głupcy, a starym, że młodzi to samo zło - na szczęście tylko tym głupim (z obu stron) tak się wydaje.
      • verdana Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 12:28
        Jestem wychowana za PRL-u, nawet stosunkowo wczesnego. I mnie i wiele innych dzieci przyprowadzano i odprowadzano ze szkoły, jako pierwsza w klasie miałam prawo jeździć komunikacja publiczną (jako 10-latka), z przedszkola i mnie i mego męża rodzice odebrali, bo byliśmy smutni, w klasie wszystkie dzieci miały dodatkowe zajęcia , angielski był w przedszkolu i zapisane były niemal wszystkie dzieci, to sam w szkole, w pierwszej klasie.
        Mam wrażenie, ze zmieniło się tylko jedno - urlopy wychowawcze, wprowadzone w latach 70-tych spowodowały, zę matki i dzieci zaczęły tworzyć nierozerwalny tandem.
    • helufpi Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 13:38
      A jednoczesnie jak dzieciatko tyko
      > zapiszczy to ojciec pierwszy wstaje a matka lapie sie za utulanie big_grin
      Z kontekstu wynika, że nie chodzi o ojca i matkę tylko babcię i dziadka, tak?
      Bo tamto pokolenie jest nauczone, że rodzice są od surowości, a dziadkowie od rozpieszczania i kochania. Obecni dziadkowie są zazwyczaj niezadowoleni, że my już w tę grę nie chcemy grać.
    • solejrolia Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 13:55
      więc z moich doświadczeń zimny wychów był, gdyż takie były warunki.
      jestem rocznik 77 i nikt się nade mną nie rozczulał.
      nikt sobie takimi rzeczami głowy nie zajmował jak np. że dziecko musi mieć swój pokój,warunki do zabawy, zabawki. mieliśmy to co mieliśmy, a jak nie mieliśmy, to nikt nie zważał na to. np.
      np. rower, dostałam dopiero na komunię, i w rodzinach (nie tylko mojej, ale u koleżanek, sąsiadów) jeden rower na rodzinę, to była norma. ale mój rower wkrótce po komunii ukradziono. więc nikt nie leciał kupić mi nowy rower, bo oczywistością było, że był to towar deficytowy, i rowery nie stały w sklepach, i nie czekały na klientów. i następny rower miałam dopiero jak sama sobie kupiłam (czyli jak miałam jakieś 16-17lat).
      i nikt wtedy przeciw takim sytuacjom nie buntował się za bardzo.
      teraz jednak inaczej to wygląda.
      karmienie piersią? hehe, matka wróciła z porodówki, zobaczyła co sie wydarzyło przez ten tydzień w domu, rzuciła mnie w beciku mojej siostrze, która miała 9lat i poszła w pole. karmienie piersią trwało 2tygodnie, bo mamie trudno było pogodzić pracę z karmieniem. praktycznie od razu dostałam mleko z mąką. potem manna. na tej mannie z kolei utuczono mnie jak wieprzka.
      ale nie było czegoś takiego jak Bebiko.
      raz z darów dostaliśmy Milupę, to mama oddała ją mojej kuzynce, bo ta była niejadkiem, a mnie niczego nie brakowało (bo ja na tej mannie byłam) i prawdopodobnie miała celiakię (czy też nietolerancję glutenu)
      spać z mamą i tatą? raz przyszłam do ich łóżka, musiałam być juz całkiem duza, skoro pamiętam,ale wersalka mała, wszystkim było niewygodnie, i dlatego nie łaziłam spać do rodziców. zresztą miałam pokój z siostra, i razem z nią spałam, na równie niewygodnej wersalce. nawet biurka nie miałam. po co. miałyśmy jeden pokój, biurkiem miałysmy się podzielić i tyle. nikt specjalnie nie myslał, że skoro jestem młodsza, to jednak mam ograniczony dostęp do tegoż biurka. szafka an zabawki- jedna. po co więcej zabawek. książeczek też nie miałam. były biblioteki. sama łaziłam i wypozyczałam to, co chciałam, ale to jakoś tak od zerówki.
      miałam wszystkiego skromnie,nawet jesli moje potzreby były większe, no to co z tego.
      ojciec nie był od zabawy. matka tez nie. dzieci miały zająć się sobą. i zająć się młodszym rodzeństwe, dziecko, z I, II czy III klasy odbierające siostrę, brata z zerówki, to była absolutna norma. pomagaliśmy w polu od najmłodszych lat, i w ogrodzie.
      odkąd pamietam jeździłam na wieś na truskawki. dzieci nie zbierały owoców w polu, za to z młodszymi kuzynkami siedziałyśmy i skubałyśmy te truskawki, ponieważ do skupu tylko oszypułkowane oddawało się. siedzieliśmy po 5-10 dzieciaków i skubaliśmy truskawki całe dnie, wieczorem jak uzbierało się całą furmankę wujek jechał na skup owoców, i tak dzień po dniu. taki mieliśmy początek wakacji. potem był zbiór porzeczek. porzeczki dzieci zbierały same.
      spróbujcie teraz powiedzieć 6-7-8 latkowi że ma zbierać owoce, albo wyplewić zagon ogórków/buraków,
      haha, dobre.a my tak dzień po dniu.
      chciałam chodzić na basen (do miasta obok), no to mogłam, mama dała pieniądze, ale wszystko musiałam sobie zorganizować. tak samo kolonie- dla dzieci ze wsi koloni zakładowych nie było, dla dzieci prywaciarzy- tym bardziej, więc zapisałam się do zuchów, to przynajmniej z ZHP mogłam wyjeżdżać. sama sobie załatwiłam kartę, i wszystko wypełniłam, sama poszłam do lekarza, i pielęgnairki, i wychowawczyni. matce dałam do podpisu jako ostatniej. no to jak mogła się nie zgodzić na mój wyjazd, kasę wyłożyła. to było w III klasie podstawówki , czyli jako 10latka chciałam coś, to musiałam sobie sama wystarać się. i tyle.
      sąsiadce Bułgarii nie zazdrościłam, wiedziałam, ze oni najpierw na Węgrzech będą handlowali "byle czym" i dopiero potem pojadą nad morze, na plaże.

      miałam tak 2.5 roku jak na wsi zatrułam się (prawdopodobnie jakimś opryskiem), ale orzeczono że szkarlatyna, i zamknięto mnie w szpitalu w izolatce, rodziców widziałam przez szybkę w drzwiach, leżałam w łóżeczku przywiązana za raczki i nóżki pieluchą, albo bandażem. przy mojej matce była taka scena, ze przyszła pielęgniarka i dawała mi pić, strasznie piłam łapczywie, a przyszła druga pielęgniarka i ją opie...ła, że co ona wyprawia, przeciez ja zaraz zasikam całe łóżko. matka nie wytrzymała i wkrótce mnie zabrała stamtąd, bo by mnie zmarnowano zupełnie. wiele miesięcy miałam anemię, i złe wyniki. a ladowano we mnie penicylinę. jak stałam tak fikałam, bo ponoć nie miałam siły stać.
      wyleczono mnie za pomocą natki pietruszki i burakami- chodziło o zlikwidowanie anemii przede wszystkim.
      taka była opieka nad dzieciakami.
      nauczycielka karcąca dzieciaków linijką? tzw łapa.i co z tego.
      moja polonistka w V klasie gadającego ucznia łapała za pejsy i tarmosiła go. nauczycielka muzyki rzuciła w gadających uczniów pękiem kluczy, celnie, bo któryś dostał w głowę. no i co z tego, obie uczyły w szkole aż do swojej emerytury.
      nigdy żaden z rodziców nie poszedł do szkoły, żeby zrobić z tym porządek, jak ktoś nie rozumiał czego uczą w szkole, miał jakieś deficyty, to znaczy, ze leń, i się nie uczy. nikogo nie dziwiło, ze uczeń niezdolny nie zdaje do następnej klasy. w każdej klasie był jakiś jeden spadochroniarz. teraz patrząc na tych uczniów- traumy nie mają, mają fajne rodziny, dobre zawody, a że w podstawówce nie mieli głowy do nauki- cóż.
      • pederastwa Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 14:22
        rany, kolejny hardkor
        jestem ten sam rocznik:
        Miałam swój pokój i zabawki
        Nikt mnie nie bił
        Jeździłam z co rok rodzicami na wczasy pracownicze, a od 4 klasy SP jeszcze na kolonie
        Karmiona piersią byłam przez 9 miesięcy (fakt, że równolege z karmieniem piersią dostawałam mleko w proszku jak mama gdzieś wychodziła)
        Nigdy nie musiałam pracować jako dziecko. Miałam się uczyć i tyle.

        Przy czym wcael nie uważałam do tej pory swojego dzieciństwa za dostatnie i sielankowe. Byłam w gronie mniej zamożnych dzieci w klasie.
        • solejrolia Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 14:44
          no i własnie, ja tego wcale nie traktuję jako hardkor!
          takie były warunki.
          w najbliższym sąsiedztwie miałam 11 dzieciaków, wszyscy byliśmy z jednego rocznika (77), do tego jeden z moich sąsiadów 76, i 2dzieci 80, więc jakaż była banda!
          (moja córka ma w najbliższym sąsiedztwie jedna koleżankę 2lata starszą, teraz w okolicznych domach NIE MA DZIECI, albo są pozamykane na swoich podwórkach)
          i wszyscy mniej więcej tak samo byliśmy wychowywani.
          owszem, moi rodzice mieli gospodarstwo, pole, zwierzęta, ogród, my z tego żyliśmy, ale mama kolegi 2domy dalej pracowała w pralni (wojsko), i oni pola nie mieli, ale jakiś ogród był, i dzieciaki musiały normalnie pomagać w obejściu, do tego mieli to nutrie, to króliki, dzieciaki z tego domu szły z nożami i cięły zielsko dla zwierząt. same dbały o zwierzęta, obrządek to był ich obowiązek.
          w kolejnym domu rodzice pracowali jako tkacze w łódzkiej tkalni, ta dziewczynka jako jedyna z całej okolicy jeździła na kolonie zakładowe. ale wszystko pozostałe miała jak u wszystkich.
          inna dziewczynka miała piękny pokoik, meble z RFNu, i ona wyjeżdżała za granicę do cioci. ale szybko w tym pokoiku trzeba było podostawiać kolejne łóżeczka, bo urodziły się jej 2młodsze siostry. no i o. takie były warunki.
          żeby nie było, że my tylko pracowaliśmy, całe dnie ganialiśmy po dworze i od podwórka do podwórka, a jak połozyli asfalt na ulicy, to graliśmy w zbijaka, skakaliśmy w gumę, ja miałam na podwórku wielki kasztan, na którym tata zamocował mi huśtawkę, cała dziaciarnia przychodziła do mnie pobujać się. przy okazji opędzlowali cały krzak agrestu i podskubali rzodkiewkę prosto z zagonkawink no i tak to mniej wiecej u mnie było. żadna patologia. żadna wieś zabita dechami, teraz to jedna wielka sypialnia miasta jest.
        • zuzanna56 Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 21:51
          Ja 7 lat starsza. Jeździliśmy z rodzicami zwiedzać Polskę maluchem, chodziliśmy po górach. Miałam cudownych rodziców, bardzo o nas dbali. W tamtych czasach w wieku 10 lat chodziłam na angielski prywatnie. Rodzice zarabiali przeciętnie.
      • ichi51e Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 14:34
        Roweru wlasnego faktycznie nie mialam - zreszta w tamtych cAsach nikt ze znajomych w wwie nie mial. Za to byly rowery u dziadkow - takie wszystkich wieksze mniejsze damki - w kolka osob moglismy sie wybrac na wycieczke. Do prac ogrodowych nikt mnie nie zmuszal ale tez czesc owocowa u dziadkow byla na uzytek wlasny a nie sprzedaz.
        Za to zdecydowanie zgadzam sie ze bicie bylo normalne - tzn klapsy dostawalo sie na uspokojenie a w sKole przedszkolu pani bila - przewaznie linijka czy linialem. Mowilam w domu rodzice byli oburzeni ale poniewaz mnie osobiscie nikt nie bil nie wtracali sie. Szarpanie chlopakow za uszy wlosy tez tluczenie o lawke zdarzalo sie. Raczej nie przypominam sobie uderzonej w szkole dziewczynki. "Nawet kwiatkiem"
        • 71tosia Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 15:16
          bo w latach 60 i 70 to byla duza roznica miedzy byciem dzieckiem miastowym a wiejskim. Ja przy zniwach czy sianokosach u babci moglam pomoc ale nie musialam, kuzyni - dzieci wiejskie musialy, nawet choroba nie zwalniala z obowiazku, bo pracy w lecie w gospodarstwie po prostu bylo bardzo duzo i rodzice sie nie wyrabiali. Pamietam ze do obowiazkow moich kilkuletnich kuzynow nalezalo wypasanie krow, dziecaki szczerze tego nie nawidzily, ja traktowalam to jak pewna rozrywke.
      • landora Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 17:21
        Ja jestem rocznik 1982 i to co opisujesz to jakiś kosmos. Miałam swój pokój, biurko i zabawki. Rodzice się ze mną bawili. Nikt mi nie kazał pracować, obowiązki miałam typu wynieść śmieci czy wytrzeć kurze.
        Karmiona byłam Milupą z darów. W szkole nikt nigdy nas nie bił.
        Zdarzało mi się przychodzić do rodziców do łóżka i nikt mnie nie wyrzucał.
        • black_halo Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 21:43
          Jestem rocznik 83 i tez takich hardkorow nie pamietam ale ...

          Bylam szczesliwa posiadaczka babci na wsi i co pamietam z tego okresu - na poczatku wakacji rodzice brali urlop, wywozili mnie i siostre do tej babci, przyjezdzaly tez dwie kuzynki. Wszyscy musielismy pomagac przy zbiorach porzeczek, wiadomo ze dzieci bardziej dla zabawy ale tak ogolnie to bylysmy puszczone samopas przez ten czas. Potem zostawalysmy z dziadkami do konca wakacji. Wielkiej pomocy od nas nie oczekiwano ale babcia nie miala czasu sie z nami bawic, wiadomo ze dla rozrywki karmilysmy zwierzaki hodowlane, prowadzalysmy z dziadkiem krowy na pastwisko i z powrotem i nieudolnie obieralysmy ziemniaki na obiad. Tak czy inaczej czas musialysmy organizowac sobie same i w ogole nikogo nie dziwilo, ze sasiadka dziadkow zaprosila nas do pielenia burakow i za caly tydzien pracy zarobilysmy jakies drobne pieniadze. Moja siostra miala wtedy 3 lata, ja 10, kuzynki 8 i 7.
        • zuzanna56 Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 21:58
          Dla mnie to kosmos a jestem rocznik 1970.
      • urszulag12 Re: Prl i niech sie wyplacze... 24.03.25, 18:42
        A ja jestem z rocznika 1997. Też miałam ciężkie warunki, nie miałam swojego pokoju, nauczycielki się nade mną znęcały, w szpitalu pielęgniarki również. Teraz dorosłam i zamierzam wymierzyć temu wszystkiemu sprawiedliwość, złożyć skargi. Mieszkałam w małym pokoju razem z mamą, nawet w jednym łóżku, a teraz mieszkam sama w dużym mieszkaniu. Wywalczyłam to sobie siłą. Nie siedziałam, nie leżałam, nie narzekałam jedynie. Rodzina chciała, abym poszła na studia o humanistycznym kierunku, ale wybrałam komfort i dobrobyt. Na 5. roku, zamiast siedzieć na bezrobociu, w tym mieszkaniu i na słabszych studiach, mieszkałam osobno, pracowałam i studiowałam swój wymarzony kierunek, a nie narzucony przez rodzinę. I popychali mną w pracy, też wrzeszczeli, w tym właśnie też ci ze starszych roczników, urodzeni w latach 1950-1970. Czekałam cierpliwie, na koniec powiedziałam, że studiuję na takiej uczelni i ich zatkało. A poźniej zmieniłam pracę na biurową.Czym się różni nasze pokolenie od Waszego? Tym, że jesteśmy bardziej świadomi i potrafimy o siebie walczyć. Teraz są inne czasy, one są lepsze i PRL nie wróci.
      • figa_z_makiem99 Re: Prl i niech sie wyplacze... 25.03.25, 18:36
        Nie znałam dzieci z takimi doświadczeniami, a mieszkałam w pipidówie, jestem z podobnego rocznika.
    • 71tosia Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 13:59
      pamietam taki program w telewizji (Studio 2?), w ktorym dzieci opowiadaly o obowiazkach domowych rodzicow, mamy wracaly po pracy do domu i gotowaly,praly zajmowaly sie dziecmi etc. A gdy Pani Walter pytala a tatus co robi w domu? Nastepowala dluzsza przerwa i dziecko z trudnoscia przypominalo sobie ze 'tatus to jest po pracy zmeczony i czyta gazete'. Taki model rodziny byl dosc powszechny w PRL-u, teraz sie troche jednak zmienilo, panowie dzis wiecej sie anagazuja w zycie domowe. Zmienil sie stosunek do przemocy - oberwanie sciera od znerwicowanej matki czy wrzeszczenie na dziecko w sklepie nie wzbudzalo specjalnie negatywnych reakcji spolecznych. W szpitalach byla obsesja z 'mikrobami' - jeszcze we wczesnych latach 80-tych tata stal pod szpitalem i tylko przez okno mogl zobaczyc zone i noworodka. Jednoczesnie dzieci mialy wiecej swobody w zyciu pozaszkolnym, zabawy na podworku 'po szkole' nalezenie do 'bandy' to bylo cos zupelnie normalnego, dozorca ktory sam wymierzyl sprawiedliowsc miotla i ojciec ktory dozorce za to pochwalil, tez wink
    • yuka12 Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 15:42
      Moja mama byla i jest bardzo ciepla osoba, co doceniaja do dzisiaj jej byli wychowankowie i my jej dzieci. Ale ona pochodzi z takiej serdecznej, uczuciowej rodziny. Oczywiscie starala sie karmic mnie co 3 h i dzisiaj uwaza to za najwieksza glupote w wychowywaniu mnie. Dopajanie nowonarodzonych piersiowych dzieci, dawanie smoka jak zaplacze, wmuszanie jedzenia, regularne karmienie i kladzenie spac bez wzgledu na okolicznosci i stan dziecka (i tu nie chodzi o niemowleta), sadzanie na nocnik jak tylko umie usiasc do dzisiaj sa dla niej normalnymi sposobami wychowywania dzieci.
    • szamanta Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 16:00
      Zimny chów to jest decyzja rodzica zależna od jego poglądów wychowawczych a nie czasów
      Znam osobiście nie mało ludzi, którzy mają dzieci z roczników 20...( dwa tys... w zwyż) i także zimny chów praktykują - takie ich metody wychowawcze , taka decyzja, taki wybór niezależny od teraźniejszych czasów i trendow wychowawczych, jakie także bywają absurdalne i niektóre wcale nie lepsze od tego " złowrogiego" zimnego chowu ,który czasami jest zbyt demonizowany .
      Popadanie ze skrajności w skrajność "albo-albo" i nic po środku , to najgorszy model wychowawczy wg mnie
      • gazeta_mi_placi Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 16:04
        Szamanta 100% racji.
      • szamanta Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 16:37
        Zresztą nie zawsze mi się podoba nazywanie zimnych chowem niektórych narzędzi dyscyplinujących w procesie wychowawczym, jakie w mojej ocenie nie mają znamiona żadnego zimnego chowu ,zaś zdrowej dyscypliny ,która również nie stroni od czułości, troski a proporcje są wyrównane. No ale ile ludzi, tyle opinii i każdy inaczej będzie definiował "zimny chów ". To jest kwestia sporna
        Wyniesienie do swojego pokoiku małego wrzaskuna demonstrującego swoją złość nad czyimś uchem urządzając histerie aż szyby drgają ,dla niektórych może być to zimnym chowem, dla mnie nie i zapewne w tego typu sytuacjach nie doszlibyście do porozumienia . Tak samo z miejscem spania. Dla mnie zimnym chowem może być co innego , dla innych co innego.
    • sanciasancia Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 16:24
      Taki mały szczególik. Jak mnie moi rodzice budzili do przedszkola, to najpierw na mnie pokrzykiwali, potem wrzeszczeli i popędzali, potem odbywałam wojnę z matką o to, co na siebie założę, a potem karmili kaszą manną z grudami/płatki owsiane z kożuchem, których jedzenia odmawiałam, bo grudy i kożuch są obrzydliwe. W efekcie przed wyjściem do przedszkola czasem dostawałam jeszcze klapsa i miałam wszystkiego dosyć. A w domu jechało przypalonym mlekiem, które oczywiście, w którymś momencie musiało wykipieć.
      Natomiast córka odziedziczyła po mnie problem z porankami i jest nie do życia, więc, robimy jej ciepłe mleko, niesiemy do stołu, ona je pije przez słomkę i siedzi kilka minut, a potem grzecznie idzie się ubrać to, co wybierze, a potem idziemy do przedszkola.
      I dzięki temu obie mamy w miarę przyjemny poranek, a nie poczucie, że zaczynamy dzień od przerzucenia kupy kamieni. Moja mama uważa, że jak dziecko zakłada wybrane przez siebie ubrania, to "wchodzi rodzicowi" na głowę. Ja za to uważam, że odpada mi część porannej pracy intelektualnej. Kaszę manną bez grud nauczyłam się gotować od razu, po prostu przeczytałam instrukcję obsługi na opakowaniu. W domu nie jedzie przypalonym mlekiem, bo podgrzewamy je w mikrofalówce, oprócz wizyt mamy/teściowej, które dość konsekwentnie odmawiają używania jej, nastawiają mleko na kuchence, wychodzą z kuchni i wracają, jak już usłyszą, że mleko kipi. Zostawiają mi ten cały syf do sprzątania i sugerują, że powinniśmy nabyć garnek do gotowania mleka.
      Dla mnie prl-owski zimny wychów to jeden ze sposobów na utrudnienie sobie życia.
      • szamanta Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 17:09
        sanciasancia napisała:

        > Natomiast córka odziedziczyła po mnie problem z porankami i jest nie do życia,
        > więc, robimy jej ciepłe mleko, niesiemy do stołu, ona je pije przez słomkę i si
        > edzi kilka minut, a potem grzecznie idzie się ubrać to, co wybierze, a potem id
        > ziemy do przedszkola.

        To u nas tak samo jest w porannym wstawaniem ,tylko nie jedzą nic rano, bo przez gardło nie przechodzi, a jak już przejdzie to z efektem fontanny, wiec śniadania przed wyjściem odpadają .Ubrania są wybierane przez dziecko na sam wieczór przed snem , aby rano już czasu na to nie tracić.
        A to ze czasami wygląda jak pajac jak się w abstrakcyjną kolorystykę wystrzeli, czy cos nie w moim guście wygrzebie, pal licho z tym. Jej frajda i dobre samopoczucie to priorytet, styl własny ten musi odnajdywać . Ja się ubieram po swojemu, one po swojemu. Mają czyste i na czasie ubrania i to najważniejsze ,więc zbędny temat do konfliktów z dzieckiem
    • marcowa_aprilla Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 21:03
      moja mama potraktowala mnie jak projekt i zgodnie z podręcznikami
      jadlam porcje wg ksiazki i co 3h a w nocy przerwa w efekcie czego non stop sie darlam, dopiero polozna na wizycie kazala dawac wiecej
      jak mi to mama opowiadala to sie usmiechalam ale jak sie moj syn urodzil to chcialo mi sie plakac....
      nie nosila mnie za bardzo, jak plakalam w lozeczku to co najwyzej trzymala mnie za reke albo glaskala po policzku
      bylam najladniej jedzacym, szybko robiacym na nocnik, samodzielnie ubierajacym sie itp malym dzieckiem w okolicy, wszyscy sie zachwycali
      potem bylam najlepsza uczennica
      i tak mi zostalo, bycie perfekcyjna w zyciu.....
      dopiero od kiedy mam dziecko zaczynam rozumiec wiele rzeczy

      na szczecie mialam babcie ktora mnie kochala bezwarunkowo i pozwalala ze soba spac jak mialam zle sny
    • black_halo Re: Prl i niech sie wyplacze... 28.09.14, 21:34
      Ale ten zimny chow nie polegal wcale na tym, ze sie dziecka nie przytulalo. Jak pamietam ze swojego dziecinstwa to raczej bylo ponoszenie konsekwencji wlasnych zachowan. Po internecie krazy taki tekscik, ze moglismy latac po podworku do dobranocki i zadna matka nie umierala na zawal ale za powazne spoznienie byl wpiernicz i tyle. Kazdy to wiedzial. Nie to, ze pochwalam ale zasady byly jasne i tyle, nikt sie nad dzieckiem nie trzesl jakby to byl osmy cud swiata. Zreszta wszystko zalezalo od rodzicow. Wiekszosc jednak nie zrobila z siebie niewolnikow wlasnej progenitury co wiekszosci wyszlo na dobre. Jak czytam dzisiaj, ze 14latka nie umie sie ogarnac z dalekimi dojazdami w sumie w obrebie jednej aglomeracji - sorry, 15 lat temu chodzilam do liceum, dobrego. Trzy osoby dojezdzaly z dalszych wsi, musialy wyjsc z domu o 6 rano zeby zdarzyc na 8 a wstac okolo 5 rano.
    • makurokurosek Re: Prl i niech sie wyplacze... 29.09.14, 09:05
      Ja go zdecydowanie nie doświadczyłam, a patrząc na sposób opieki nad moim najmłodszym bratem nie sądzę aby w ogóle rodzice coś takiego stosowali.
    • solejrolia Re: Prl i niech sie wyplacze... 29.09.14, 09:27
      bo nie rozumiecie tego, że zimny wychów nie był tożsamy z brakiem czułości.

      ja miałam ogrom przytulanek, łaskotek-gilgotek, a tata mnie rozpieszczał, w sensie, do końca jego życia byłam jego córunią (zmarł gdy byłam na studiach), ALE rodzice rozpieszczali na tyle, na ile warunki pozwalały. jak się przewróciłam to tata opatrzył kolano i kazał przestać się mazać jak baba. nikt nie bawił się z nami, bo nie mieli na to czasu- dzieci zajmowały się z reguły same sobą, starsze opiekowały młodszym rodzeństwem, trzeba było pomóc w domu, a jak rodzina ze wsi, to normalną sprawą była praca w gospodarstwie- nikt nie rozkminiał, że dzieciak ma 7-8-9lat, trzeba było pielić buraki, były sianokosy, czy zbiór pomidorów. dzieciak pracował na miarę swoich sił (ja do pomidorów miałam swój wiklinowy kosz, i nie nosiłam 20kg, a powiedzmy 7kg, ja nie zbierałam na wsi , gdzie spędzałam wakacje, z pola truskawek, ja siedziałam całe dnie i te truskawki skubałam, bo tylko oszypułkowane były odbierane w skupie. dorośli robili zbiór- dzieci szypułkowały.
      i nikt za bardzo się nie buntował przeciw temu, że nie mamy markowych ciuchów, czy zabawek, bo tego po prostu nie mieliśmy wszyscy. ale podkreślam jeszcze raz, to nie był żaden hardkor, tylko tak wtedy życie wyglądało, wszystkie znane mi dzieciaki (również dziecko tkaczy z łódzkiej fabryki) miały swoje obowiązki. dopiero jak były zrobione, to biegaliśmy do zmroku pomiędzy podwórkami, skakanka, huśtawka, graliśmy w piłę, skakaliśmy w gumę (trudno było dostać trzeba było upolować w pasmanterii).
      a, staliśmy w kolejkach, ja w swojej, mama w swojej. i stałam w kolejce po fajki dla taty, i watę dla mamy . ca wystany cały wagon Popularnych tata kupił mi komiks "Kapitan Kloss"
      to, że mieszkałyście w mieście rzeczywiście czyni wasze dzieciństwo inne, bo pracy jako takiej w gospodarstwie nie miałyście.
      ale jednak to dzieciństwo było zupełnie, zupełnie inne niż to, które maja teraz nasze dzieci. inne warunki, inna świadomość, brak rozczulania się, dzieci musiały sobie radzić.
      • derena33 Re: Prl i niech sie wyplacze... 29.09.14, 10:43
        Ale teraz dzieci na wsi tych rodzicow ktorzy maja gospodarke tez pracuja. Mam rodzine na wsi takiej prawdziwej i tam dzieci w czasie wakacji tez pracuja z rodzicami w polu. I nie sa to biedacy.
        Jedyne co sie zmienilo to srednia wieku ktora sie podwyzszyla, bo nikt w pole nie goni przedszkolakow ( sadze ze kiedys tez nie bylo to powszechne)

        Ten tzw "zimny chow" obowiazuje w wielu rodzinach, wcale nie patologicznych, dzieci pracuja w domu. pomagaja rodzicom, opiekuja sie mlodszym rodzenstwem, same chodza do szkoly, jak rodzice pracuja to siedza calymi dniami same w domu i nikt sie nad nimi nie rozczula.
        Co nie znaczy, ze nie kocha i nie jest cieplym rodzicem. I nie ma to nic wspolnego z epoka w ktorej sie zyje.

        To tylko tu na forum rzeczywistosc jest calkiem inna. I nie wiem czy to kwestia tego ze glownie pisza warszawianki, czy dlatego ze miastowe, czy tez dlatego ze nikt sie naprawde nie przyznaje jak zyje, a rzeczywistosc tu opisywana to matrix.
        • konsta-is-me Re: Prl i niech sie wyplacze... 24.03.25, 21:24
          Olaboga, piszecie jak z propagandowej książeczki z 70- tych 😃
          Biedne ,ucisnione wiejskie sierotki i rozpuszczone miejskie bachory...

          W miastach TEZ ludzie pracowali- w fabrykach, zakładach.Dzieci siedziały same w domu, na same gotowały sobie obiad czasem i też nikt się nie rozczulal.
          Rzadko kto miał lokaja więc obowiązki domowe też miały.
          Skąd wy bierzecie ten obraz rodem z 19- wieku ?
      • hanusinamama Re: Prl i niech sie wyplacze... 24.03.25, 21:12
        Chyba nie wiesz czym jest zimny chów. OKazywali ci uczucia, wiedziałaś ze jesteś kochana
    • klubgogo Re: Prl i niech sie wyplacze... 29.09.14, 09:55
      Pierwsze 2 lata życia mieszkałam na wsi, więc tam rytm życia był wyznaczony porami roku - i żniwami, sianokosami czy wykopkami, do tego rodzice na etacie a dziadkom pomóc trzeba było. Nikt nie miał czasu dla dzieci - lądowałam w łóżeczku z butlą i smokiem, albo na kocyku na miedzy. Nikt mi zębów nie mył, bez pieluchy biegałam bardzo szybko, bo nie było czasu na pranie tetry. Nikt nie przytulał, nie tlumaczył, nie wyjaśniał. Zimny chów - dosłownie, bez głębszych uczuć, ale też hartowanie - większość dnia na dworze, jeśli w domu, to niedogrzanym - nie było co, a w piecu paliło się lichutko, bo wegiel drogi.
      A później trafiliśmy do dużego 4-pokojowego mieszkania i wychowało mnie podwórko - klucz na szyję i chodzisz za starszymi dziećmi.
      • solejrolia Re: Prl i niech sie wyplacze... 29.09.14, 09:59
        o, właśnie, zapomniałam- klucz na szyi.
        3/4dzieci z mojej klasy miało klucz na tasiemce na szyi, zwłaszcza te dzieci, których rodzice pracowali w PGRze. wtedy nie było czegoś takiego jak świetlica przecież.
    • magdulecp Re: Prl i niech sie wyplacze... 24.03.25, 19:58
      Nie wiem, bo ja byłam dzieckiem, ktore spało jak matka była obok. Jak tylko poszła się wysikać było po spaniu. Spałam z mamą do końca przedszkola. Później wróciłam na chwilę do jej łóżka, a później czasami przychodziłam jak śniły mi się koszmary. Moje dziecko śpi w swoim łóżeczku w naszej sypialni, ale bywa, ze zasypia w naszym łóżku i śpi do rana.
    • hanusinamama Re: Prl i niech sie wyplacze... 24.03.25, 21:11
      Ja rodziłam pierwsze w 2012 i też odnosiłam do łóżeczka bo się naczytałam "mądrych książek", że jak się doniesie w 3 miesiącu to potem nie ma problemu...no nie pykło. Po pierwsze młoda żarła cyca 1,5 roku w nocy i ja jak wariatka łaziłam po nocy do niej (a mieszkanie mielismy wtedy długie, z cholernymi schodkami). Po drugie córka jak skonczyła 3 lata to zaczeła przychodzić do nas i spać z nami smile Czyli patent z odniesieniem do swojego pokoju 3miesieczniego się nie sprawdził. Z drugą już normalnie spałam w sypialni a jak trzeba było to w łóżku bo też żarła w nocy długo, przynajmniej się wyspałam
    • wapaha Re: Prl i niech sie wyplacze... 24.03.25, 21:36
      Nie znam naukowych opracowań ale pytasz o moje zdanie przeciez wink więc myślę, że był stosowany w praktyce-ale nie dlatego że rodzice byli "zimni" ale dlatego, że wciąż pokutowało przedmiotowe traktowanie dziecka. Te wszystkie : co wolno wojewodzie to nie tobie smrodzie, ryby i dzieci głosu nie mają nie wzieły sie znikąd. Takie były metody "wychowawcze" a raczej ODCHOWYWAWCZE . Poza własnym doświadczeniem ( super tata i mniej super mama) miałam szerokie grono koleżanek i kolegów i na ich tle mój dom był wspaniały a relacje z rodzicami świetne. Co było wspólne dla wielu znajomych - odchowywanie przez babcie. Jednak o tym dopiero przekonałam się w zyciu dorosłym, gdy sporo znajomych miało już swoje dzieci i opowiadało jak to mama i tata oddali ich na odchowanie do dziadków na jakiś czas-3 mce, rok, dwa czy więcej ( mnie do 1 rż wychowywali dziadkowie)
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka