Albo będę czytała tylko te, które nie opisują moich ulubionych twórców, tzn. do których nie mam stosunku emocjonalnego.
Najpierw biografia Colette, mojej ukochanej pisarki. Załamałam się, została mi końcówka książki, ale chyba nie dokończę, sprzedam ją na allegro. Co za antypatyczna, egoistyczna baba... Życie niby ciekawe, ale z każdym rozdziałem ogarniała mnie coraz większa niechęć i pomyślałam sobie, że w sumie nic mnie to interesuje i do odbioru jej twórczości nie jest mi ta wiedza potrzebna. Ale serce trochę do niej straciłam.
Teraz w końcu odważyłam się kupić Beksińskich. Wszyscy uwielbialiśmy malarstwo ojca, a na audycjach syna się wychowałam, był moim muzycznym guru. I znów się załamałam. Co za pop... rodzina, co za ludzie... czytam na głos mojemu niektóre fragmenty, bo mi się to w głowie nie mieści. Świrowaty Beksiński senior, zaszczuta ogłupiała matka, która poświęciła tym grzmotom WSZYSTKO i właściwie swojego życia nie miała i na koniec Beksiński junior, rozpuszczony ponad normę bachor, któremu wszystko było wolno i który się nad matką właściwie znęcał. Który w wieku 30 lat nie miał zielonego pojęcia, jak rozmawiać z kobietami, jakaś żałosna ofiara losu ze schizami, w dodatku ofiara losu niesympatyczna, apodyktyczna i chamowata, a ja się w nim jako nastolatka platonicznie podkochiwałam ludzieeee wszystko legło w gruzach
No i moje pytanie brzmi - jak daleko można odstawić prywatne życie twórcy od dzieła? Analizować czy nie? W ogóle się tym nie zajmować? A kiedy okaże się, że uwielbiany artysta to zwykły k...s? A kiedy okazuje się mordercą (casus Bertranda Cantata z Noir Desir)? Wspaniały zespół, koleś to niesamowity wokalista i poeta, osobowość pełną gębą i nagle BUM. I co dalej? Mam z tym problem.