Będzie, zaraz po uchodźcach, ulubiony temat emamy, czyli o teściowej
Zawsze pisałam na forum, że teściów mam ok, mili, nie wtrącają się, wydawałoby się, że życzliwi, niby cieszyli się na wnuka.
No właśnie - wydawało się.
Niestety przytrafił nam się najgorszy koszmar każdego rodzica, wylądowaliśmy z 8 tygodniowym niemowlakiem w szpitalu, jak się okazało z zapaleniem płuc. Do tego lekarze usłyszeli jakieś szmery w serduszku, na zdjęciu rtg wyszło coś mocno nie tak i lekarze podejrzewali bardzo poważną wadę serca. Na szczęście w badaniach wyszło, że to był fałszywy alarm, ale 2 dni żyliśmy w strasznym stresie czekając na wynik jak na wyrok.
No i wyszło, jakich "kochających" dziadków ma mój synek. Przyjęli do wiadomości chorobę wnuka, niby zapytali pro forma jak tam mały i przestali się interesować. Oczywiście, to m zadzwonił im powiedzieć, bo oni nigdy nie zadzwonili zapytać jak tam mały. Nawet nie zapytali czy mogą jakoś pomóc, mieszkają 20 min samochodem ! od nas, już choćby podrzucenie ciepłego obiadu byłoby dla nas ogromnym odciążeniem, bo m pracuje, a ja jestem uwiązana w szpitalu, bo mały je tylko z piersi i wyżywienie nam nie przysługuje, dobrze, że dostałam chociaż łóżko do spania. Musimy się z m wymieniać, nawet jak mały jest nakarmiony, bo personel ma wywalone i oprócz podania leków nic ich nie obchodzi, więc nawet nikt by do niego zajrzał.
Generalnie dziadkowie mają go w nosie, nie zadzwonili sami zapytać, czy mu lepiej, gorzej, nie zapytali nawet jak to jego serduszko. Natomiast na pokaz, to ho ho, co to nie oni, traktują młodego jak zwierzątko do zabawy, pobawić się, pyknąć fotkę, żeby pochwalić się znajomym to tak, do obcych kreują się na dziadków roku.
Moje stosunki z nimi zaczęły się psuć już zaraz po urodzeniu młodego, kiedy to po miesiącu mojego pobytu na patologii ciąży, cesarce, tygodniu z młodym w szpitalu, bo urodził się z żółtaczką i anemią (mieliśmy konflikt grup krwi), na drugi dzień po naszym wypisie do domu, kochana teściowa wprosiła się z połową rodziny na obiad (oczekując pełnej obsługi), żeby oblukać małego. Nie powiem, jasny szlag mnie trafił, ale, że szkoda mi było m i on sam wszystko przygotował, a i reszta rodziny w sumie niewinna, zmilczałam. Poza pokazówką zero zainteresowania, ale oczekiwanie żeby m był na każde wezwanie i wyświadczał różne przysługi to i owszem.
Skończyło się, od teraz stosunki zostają mocno ochłodzone i kontakt oficjalny, koniec z przysługami, a moje dziecko to nie cyrkowe zwierzątko do zabawy i pokazania się.
Normalnie bym się tak nie wkurzyła, tylko olała dziadów, bo mam ich gdzieś, ale widzę jak m to gryzie i szkoda mi go bardzo. Jest mu podwójnie przykro, bo moja rodzina, mieszkająca 600 km od nas, interesuje się, są praktycznie na każde zawołanie, chętni do pomocy osobistej i finansowej, tak, że trzeba ich hamować i widać, że naprawdę kochają młodego, podczas gdy od teściów nawet paczki pieluch nie dostał.
I wiem, dziadkowie nic nie muszą, nie mają obowiązku bla bla bla..
Ale w takim razie my też nie mamy obowiązku, a że jestem wyjątkowo mściwa, to odpłacę im tym samym, koniec przysług, jak będą w potrzebie, to guzik mnie to obchodzi, niech sobie radzą sami, a wnuka będą oglądać raz na ruski rok.
Wyszło długo, ale musiałam popełnić ten wątek na forum i strzyknąć jadem, żeby sobie ulżyć, bo jak bym wywaliła m między oczy co myślę o jego rodzicach, to poszłoby z inwektywami i wulgaryzmami, a już nie chcę kopać leżącego.
A kto musiał się bać o zdrowie i życie swojego dziecka, wie jaki to stres.