nightdream
03.03.16, 23:03
Ok, muszę się chyba trochę wyżalić.
Jesteśmy z mężem po ślubie 5 lat. Znamy się z 11. Jego rodzice to takie trochę przeciwieństwo moich, na początku bardzo mi imponowali swoim opanowaniem, wykształceniem, taktem. Moi są wspaniali ale czasem potrafią walnąć prosto z mostu chamskim tekstem, przez co często się z tatą kłócę. Ale nie o tym. I moi rodzice i teściowie mieszkają dość daleko - około 300 km od nas, ale spotykamy się w miarę regularnie.
Przed ślubem było wszystko super hiper. Zawsze dla mnie mili (i vice versa), zawsze pomocni, nie wchodzili za bardzo z butami w nasze życie. Na naszym weselu teściowa miała chwilę słabości - zmyła się na 2-3 h, potem tłumaczyła się, że źle się poczuła. Wyszło z czasem, że to był mini foch, bo coś tam było nie po jej myśli. Wtedy jeszcze nie znałam instytucji focha z jej strony.
Po prawie 3 latach urodził się nasz syn. Też wszystko super, dziadkowie zachwyceni, gdy dowiedzieli się, że będą dziadkami, potem mały stał się oczkiem w głowie. No ale zaczęły się zgrzyty.
Największy zgrzyt, który ciągnie się do tej pory - nie ochrzciliśmy dziecka. Teściowie (teściowa przede wszystkim) są bardzo religijni. Mój mąż tak średnio. Ja jestem niewierząca - wiedzieli o tym od samego początku. Wzięliśmy ślub kościelny, bo mojemu mężowi na tym zależało, ale wspólnie ustaliliśmy, że dzieci chrzcić nie będziemy. I o ile moja rodzina i teść - pomarudzili i zaakceptowali decyzję to teściowa miała długo focha, potem raz na jakiś czas potrafiła się rozpłakać zajmując się małym, albo zadzwonić do męża i prosić, żebyśmy zmienili jednak zdanie, tak tylko dla niej, żeby mieć święty spokój. Do tego można dorzucić cegiełkę że od kiedy pojawiło się dziecko, religijność mojego męża spadła jeszcze bardziej - przestał regularnie chodzić do kościoła (nie mam z tym nic wspólnego!), co bardzo rodzicom przeszkadza.
Synek poszedł do żłobka od września zeszłego roku i zaczęły się choroby. 2 tygodnie na zwolnieniu, tydzień w żłobie i znowu chory. Choroby trwają do teraz - młody właśnie wychodzi z kolejnego zapalenia oskrzeli. żonglujemy opieką nad młodym, raz ja, raz mąż, kilka razy teściowa przyjeżdzała do nas, żeby posiedzieć z synkiem (jako jedyna z wszystkich dziadków nie pracuje, nigdy nie pracowała). I tu jest kolejny zgrzyt, bo teściowa przyjęła wariant, że te jego choroby to moja wina. Bo źle go ubieram, bo u nas w domu jest za zimno (mamy 19-20 stopni, u teściów jest zawsze 24-25 i nie wolno otwierać okien bo od przeciągu się umiera!), bo puszczam go na dwór z katarem, bo chodzi w samych skarpetkach po domu a nie w kapciach… A że teściowa jest kulturalna i dobrze wychowana to się przestaje odzywać do mnie i męża i napuszcza na nas teścia, który próbuje na nas coś wymuszać a jak się nie dajemy to potem teściowa się obraża jeszcze bardziej.
Zgrzyty trzeci pojawił się wczoraj. Wczoraj poinformowaliśmy teściów że nasz synek będzie miał rodzeństwo - jestem w 3 miesiącu ciąży. Zaplanowanej i wystaranej. Teść zachował kamienną twarz, wypytał o wszystko, pogratulował i tylko delikatnie zasugerował, że "jak my sobie teraz poradzimy skoro ledwo dajemy radę z jednym dzieckiem". Teściowa za to nie odezwała się słowem, prawie się popłakała a dziś spędziła w łóżku cały dzień, nie odzywając się do nikogo.
Muszę przyznać, że nie takiej reakcji się spodziewałam. Wiem, że nie wszyscy muszą się cieszyć z kolejnego dziecka w drodze, ale… serio? My mamy po 30 lat, to nie była informacja o wpadce 15-latków! A no właśnie, jednym z pierwszych pytań teścia było "czy to wpadka".
Generalnie jestem osobą, która przejmuje się tym co ludzie o niej sądzą. Walczę z tym, ale się przejmuję i jest mi strasznie przykro, że wszystko co złe to według nich moja wina. A jeszcze bardziej mi przykro (w sumie to jestem wkurzona o to bardziej) jak widzę jaką przykrość robią mojemu mężowi.
Ja wiem, nie mieszkamy z nimi, widujemy się raz-dwa na miesiąc więc powinnam olać temat i robić swoje. Radzimy sobie według mnie nieźle, czasem faktycznie mocno odczuwamy brak rodziców do pomocy na miejscu, ale nie my pierwsi i nie my ostatni jesteśmy w takiej sytuacji…
Ale generalnie wkurzam się (może to ciążowe hormony?) i przejmuję bo aktualnie cała rodzina męża zaczyna mnie uważać za tę złą a ja to biorę do siebie i zaczynam się łapać że serio zastanawiam się czy druga ciąża to był dobry pomysł…