andaba
09.03.16, 20:12
Mam odwieczny problem z zatokami, ciągnąc się od wczesnego dzieciństwa.
Objawiający się bólem głowy, nosa, szczęk. Bez kataru.
W rtg nie wychodzi nic lub niewykształcone zatoki ( w zależności od sprawności radiologa opisującego), w tk stan zapalny - nawet jak nic mi się w danym momencie nie dzieje.
Laryngolog przepisał jakieś psikadła (flixonase, nasometin), które trochę łagodzą, ale nie zapobiegają i nie leczą. W skrajnych wypadkach pomaga jedynie końska dawka amoxycyliny.
Uważam na to, żeby mi głowa nie zmarzła, chodzę okutana od października do kwietnia, wystarczy moment nieuwagi i powtórka z rozrywki. A nieraz i bez powodu.
Poszłam przed chwilą zdjąć ostanie sztuki prania ze sznurka, w połowie podwórka byłam, zawiał wiatr, zorientowałam się, że nie wzięłam chustki. Dwie minuty byłam, już mnie boli.
Czy to się jakoś leczy? Antybiotyk pomaga, ale nie zapobiega nawrotom. Poza tym do końca zawsze liczę, że przejdzie bez, dopiero jak tracę przytomność z bólu idę do lekarza.
Jakieś naświetlanie, szczepienia?
Laryngolog rozkłada ręce.
Zwłaszcza że jak pisałam nie mam przy tym kataru, tylko takie jakby strzelanie, jakby bąbelki powietrza pękały w głębi nosa. Uczucie całkowicie subiektywne, ale pozwalające momentalnie wykryć, czy ból powodują zatoki, czy coś innego (np migrena).