Dziecko idące teraz do gimnazjum uparło się, ze nie będzie jeść obiadów w nowej szkole. Twierdzi, że na pewno będą niedobre. W podstawowce chodził, były średnie, ale jadalne. Kosztowały 4zl. Teraz będą kosztowaly 9zl, ale dyrekcja twierdzi, że pyszne. Co potwierdza też uczeń tej szkoły. Z powodów zdrowotych syn w czerwcu nie jadal obiadów w szkole (gotowalam), potem były wakacje. Liczyłam, że we wrześniu wszystko wróci do normy, czyli syn i córka je w szkole, mąż w pracy, ja cokolwiek ale nie typowy obiad. W tygodniu robię dopiero kolacje, najczęściej na ciepło. Wychodzę na matkę wyrodną, ale nie mam czasu ani ochoty na wymyślanie dwudaniowego, zbilansowanego pokarmowo obiadu dla nastolatka, sądzę, że stołówka spełniająca normy jedzeniowe zrobi to lepiej. Widzę jednak jakie sposoby stosuje syn, żeby stanęło na jego - foch, szantaz, groźby, że jak wykupie to I TAK nie bedzie jadł... i nie wiem, co robić. Ulec, z własnego egoizmu

wolałabym uniknąć. Jak go przekonać? Ps. Takiego uporu dawno nie widziałam, a upiera się totalnie bezpodstawnie...