mateusz740
05.11.14, 08:43
U nas jest z tym problem (chodzi o żonę). Żeby zobrazować o co mi chodzi podam parę przykładów:
1. Jesteśmy sobie w jakimś większym sklepie. Mówię do żony "Patrz, kochanie, jest promocja tych wafelków, które tak lubisz. Może chcesz?". Ona "Nie". Ok, idziemy dalej. Następnego dnia jesteśmy w innym sklepie (już mniejszym i droższym) i żona do mnie "I jeszcze wafelka sobie wezmę". Tak, takiego jak wczoraj mogliśmy kupić dwa razy taniej, ale nie, ona musi drożej.
2. Jest dwie sprawy do załatwienia w różnych urzędach, które są niedaleko od siebie. Sprawy niezależne (nie ma znaczenia, która pierwsza zostanie załatwiona). Tyle tylko, że te urzędy są kawałek od nas i trzeba tam pojechać autobusem. Gdy ja to mam załatwić to jadę jeden raz i załatwiam obie sprawy tego samego dnia. Ale nie moja żona. Ona musi pojechać dwa razy. Raz do jednego urzędu, a następnego dnia do drugiego. Za każdym razem jedzie tym samym autobusem i wysiada na tym samym przystanku. Ale straci dużo więcej czasu (więcej zajmuje sam przejazd w tą i z powrotem niż sama wizyta w urzędzie) i więcej pieniędzy (trzeba dwa razy zapłacić za bilet).
Niestety żadne tłumaczenia i prośby o oszczędność pomagają. Jak tylko poruszam ten temat to od razu jestem (wg żony) sknerą. A mi nie chodzi o to, żeby nie kupiła sobie tego wafelka tylko zrobiła to taniej. Podane wyżej sytuacje to tylko przykłady i nie są one odosobnionymi przypadkami. Tak jest ciągle. Jak z grubsza obliczyłem na samych tylko zakupach (wliczając w to te bilety autobusowe) tracimy miesięcznie jakieś 200 złotych. Tyle byśmy oszczędzili zmieniając tylko nawyki bez zmniejszonej konsumpcji. Dodatkowo kolejne oszczędności pojawiłby się w opłatach za prąd i wodę, ale tutaj ciężko to policzyć.
A jak to u was jest? Działacie ekonomicznie czy macie to gdzieś?