Tak naprawdę to jej już nie ma. Alzheimer zjadał jej mózg od paru lat, ale ciągle jeszcze to była ona. Ale potem przyszedł udar niedokrwienny, wydawało się, że to już koniec - jednak jakoś jeszcze dała radę, chociaż mówiła już całkiem niezrozumiale, ale patrzyła, uśmiechała się, reagowała mimiką na słowa, gesty (chociaż oczywiście nie poznawała mnie, zresztą nie poznaje mnie już od prawie 2 lat). Z każdym tygodniem coraz mniej...ale jednak coś tam się tliło. Potem był drugi udar i teraz jest już tylko roślinką, biedną, więdnącą roślinką. Czasem otwiera oczy i gdy ma je skierowane na mnie, to łudzę się, że mnie widzi, że widzi cokolwiek, ale te oczy są puste. Jej już tam nie ma.
Wiecie, że tęsknię teraz za tymi bezsensownymi rozmowami, które prowadziłam z nią 2-3 lata temu, na które się wtedy tak zżymałam, że świra można dostać od wymyślania odpowiedzi na jej absurdalne stwierdzenia i pytania. Gadała bzdury, ale gadała. Śmiała się. Robiła te swoje "firmowe" minki, takie specjalne, kokieteryjno-naburmuszone albo figlarno-złośliwe.
A teraz tak naprawdę to czeka się, żeby odeszła całkiem...

Mimo nieustannego przewracania, smarowania i oklepywania, robią jej się odleżyny, dzisiaj przychodzi chirurg je obejrzeć, ale cóż można zrobić, jeśli krążenie siada, ciało jest jak rzadkie ciasto, a skóra tak wiotka, że pęka i zdziera się nawet przy potarciu nogi o nogę. Ech.