mary_lu
24.07.17, 19:41
Pracujemy z koleżanką od roku na równorzędnych stanowiskach, mamy swój odcinek niezanikającej roboty (tzn. nie tylko musimy być fizycznie w robocie w danym czasie, ale i dostajemy konkretne kartony z dokumentacją, którą trzeba przerobić na określony termin, inaczej dział nie dostanie kasy). Obijać się nie mamy kiedy, nie ma mowy o luzie w pracy na internety, wykrawamy czas na szybką kawkę i pogaduchy w innym dziale tylko dlatego, że nam to potrzebne służbowo.
Jak jedna idzie na urlop, to druga musi zasuwać jak dzika, a do tego po powrocie obie mamy wspólny tydzień harówki. Ja nieco większej, bo jestem znacznie bardziej obowiązkowa. Albo nieasertywna.
I teraz się okazało, że koleżanka z poprzednich lat, z pracy w innym dziale, ma należne prawie dwa dodatkowe miesiące urlopu... tam pracowały zmianowo, wyjazdy kombinowały poprzez przesuwanie dyżurów, a zamiast oficjalnego urlopu brały pieniądze. Do nas przechodziła tak szybko, że tej kasy nie odebrała, a teraz jak o nią wystąpiła, to okazało się, że kadry nic jej nie wypłacą, tylko ma wziąć to wolne.
Nikogo na jej miejsce nie przyślą, robotę mam odwalać sama, bo tak jest w naszej komórce. Jestem wykończona po tym roku, w dodatku większość swojego wolnego wykorzystywałam na szkołę, więc nic nie wypoczęłam. Koleżanka w sumie szczęśliwa, bo też zmęczona. A mnie taki wk... bierze, że najchętniej przykułabym ją do biurka i z rumorem zrzuciła karton z dokumentacją na kolana.