
trafiło się i mi, nie chwalę, ani nie żalę, tylko jestem zdumiona... zawsze myślałam, że opowieści, że do pana wystarczy się uśmiechnąć, a on bierze to za zachętę do czegoś można między bajki włożyć. Do pewnego czwartku. Miałam ci ja delegacje do stolicy, do której podchodziłam jak pies do jeża. Nie lubię jeździć w trasy, auta służbowe tylko z manualem, a ja przyzwyczajona do automatu. I jakoś od słowa do słowa z koleżankami, wyszło że pojedzie znajomy znajomej ze mną, który też musi się dostać do Wawy, a że dorabiał kiedyś jako instruktor to mnie poinstruuje albo zmieni w trasie.
No to jechaliśmy. Gadka o pogodzie, o pracy, jedynka, dwójka, z trójki na czwórkę, hamuj. Po gadkach o polityce, o zwierzętach, po godzinie przeszliśmy na ty i tyle z zażyłości. W międzyczasie pisał pan do swojej dziewczyny, jakoś na Wielkanoc oświadczać się będzie. Facet jak facet. Ani ładny ani brzydki. Ani interesujący, ani nie. Ja jestem aseksualna i brzydka, atrakcyjność -10.
Dojechaliśmy do mojego hotelu. Za mało czasu by go odwieźć, głupio mi się zrobiło, że nie pomyslałam, żeby najpierw go odwieźć a potem do siebie, pytam zatem, czy by nie wstąpił na kawę...a pan na to, że chętnie, ale czy ja mam zabezpieczenie, bo on nie... ja ahahahaha dobry żart, hahahaha.
Pan nie żartował. Nie skorzystałam i zachodzę w głowę, co trzeba mieć, albo czego nie mieć by z taką propozycją wyskoczyć.