Wiecie wstyd się przyznać, ale mam dość jego tzw.rozwoju. Wcześniej były drugie studia (zaocznie) ,bo tak sobie zechciał. Nie związane w żadnym stopniu z tym, czym zajmuje się zawodowo. W tym czasie mieliśmy już na stanie jedno dziecko, za duże nie było,więc opieka była głównie na mojej głowie. Jak kończył te studia, to byłam w drugiej ciąży i prosiłam go,żeby szybko się uwinął z zakończeniem tych studiów, bo wiadomo miało pojawić się drugie dziecko. Tak się starał,że magisterkę pisał jak Młoda się urodziła

Dwa lata temu wymyślił sobie,że będzie zdawał egzamin związany bezpośrednio z tym, co robi. W sumie super. I znów zaczął się horror i trwa 2 lata. Najpierw zdane egzaminy pisemne, potem niezdane ustne i znów zabawa zaczęła się od nowa. Znów musiał od nowa zdawać pisemne i znów pierwszy ustny znów oblany . Dla wytłumaczenia- od napisania pozytywnie pisemnej części w ciągu jednego roku trzeba zdać ustny (łącznie to ok.5 prób wychodzi). Niby to dużo, ale materiału jest bardzo dużo i zdawalność słaba.
I strasznie mi głupio, ale mam dość. On na pewno też, bo i praca i nauka, ale mam wrażenie,że w tej całej zabawie nikt nie pomyślał, jak to wygląda z mojej strony. Poniedziałek-piątek praca od 8.00 do 16.30. W domu jestem ok. 17.30, jak pozgarniam dzieciaki. Jakiś obiad, zakupy, lekcje u starszego ( a niestety jest średnim uczniem i czasami długo to trwa ). Ogarnięcie domu i inne tego typu rzeczy. Sprzątanie, pranie,gotowanie itd. Wszystko, dosłownie wszystko . Małżonek wpada do domu zjeść obiad,czasami chwilę zostanie, ale zazwyczaj wraca do biura się uczyć, bo w domu przy dzieciakach zero spokoju. Weekendy też w dużej części zajęte przez naukę. Mam wrażenie, że mój tydzień ciągle wygląda tak samo. Jedyną rozrywką stało się wychodzenie z córką na plac zabaw, bo nawet chodzenie na zakupy do pobliskich sklepów spożywczych jest koszmarne ( z absorbującą 4,5 latką, więc czasem myśli nie mogę zebrać na tych zakupach ). Nikt nie pomaga, moi rodzice daleko, teściowie owszem na miejscu, ale już starsi i niekoniecznie mają ochotę się zajmować wnukami, jak nie trzeba ( tzn.przecież jestem w domu, to po co ta opieka ?) . Jest jeszcze szwagierka,ale on mimo,że od zawsze nie pracuje i ma już nastolatków, nigdy nie zaproponowała pomocy, zresztą mam wrażenie, że jakoś nie przepada za moimi dziećmi, więc może to jest przyczyną...
Może się użalam nad sobą, ale mam wrażenie, że wpadłam w jakiś pieprzony kołowrotek i naprawdę nie mam pomysłu na wyplątanie...