chicarica
23.06.19, 23:58
Gazeta porusza ciekawy temat, opór przeciwko turystom, pojawiający się obecnie w niektórych, a wręcz większości, atrakcyjnych turystycznie dużych europejskich miast.
Szczątkowo już dyskutowaliśmy o tym na ematce, znaleźli się obrońcy idei, że miasto ma być przede wszystkim atrakcyjne dla turystów, bo są z tego pieniądze. Co się okazuje, nie jestem jedyną, która myśli, że nie, niekoniecznie musi i że komfort i możliwość prowadzenia normalnego życia przez mieszkańców są co najmniej równie ważne, jeśli nie ważniejsze od atrakcyjności dla turystów.
Pochodzę z Trójmiasta, którego naturalne położenie powoduje, że turyści zjeżdżają się do niego nie tylko w ścisłym sezonie wakacyjnym, ale też już w zasadzie przez cały rok. Przez całe życie słuchałam i czytałam opinie, jak to cudownie, że Trójmiasto odwiedza coraz więcej ludzi, ale zwłaszcza w ostatnich latach przed wyjazdem zaczęłam się z tym mocno nie zgadzać. Ruch turystyczny na pewno odpowiada za jakąś tam część życia biznesowego miasta (znacznie mniejszą niż nam się wydaje; taka np. Barcelona policzyła sobie koszty i zyski i wyszło, że na turystyce wychodzi obecnie na minus), ale taki najazd turystów jaki Trójmiasto zaczęło przeżywać w ostatnich latach, dla przeciętnego mieszkańca to tylko strata: pieniędzy, czasu, nerwów, do tego stopnia, że od czerwca do września życie w mieście zamieniło się w koszmar spowodowany korkami, tłokiem i podobnymi zjawiskami i mieszkańcy przestali np. bywać na plaży, deptakach i bulwarach. Przeciętny mieszkaniec Trójmiasta nie żyje z turystyki i dla niego turystyczna stonka to tylko problem, warto to wiedzieć gdy się do Trójmiasta jedzie i z mieszkańcami ma styczność. Dodatkowo wkurza polityka miasta, planowanie i wydawanie pieniędzy tak, by turystom było dobrze, a to nie turyści w mieście płacą podatki i nie turyści utrzymują restauracje, puby, galerie handlowe i muzea przez 10 z 12 miesięcy w roku.
Z bardzo pozytywnym zaskoczeniem obserwuję natomiast dyskusję, jaka toczy się wobec planów budowy pewnej atrakcji turystycznej w mieście, w którym mieszkam. Szczegółów nie podam, bo to za dużo danych dla forumowych ciekawskich, powiem tylko, że atrakcja ma być płatna (wstęp) i ma zabrać część cudnie położonych terenów wykorzystywanych obecnie przez mieszkańców miasta do rekreacji, sportu i odpoczynku. Miasto argumentuje, że przecież przyciągnie to turystów, silne głosy sprzeciwu natomiast twierdzą, że:
- mieszkańcy muszą mieć gdzie wypoczywać (kłania się skandynawskie prawo człowieka do dostępu do natury)
- nie ma zgody społecznej na odgrodzenie części terenu i konieczność kupowania biletu wstępu nań
- turyści turystami, ale to my tu żyjemy, płacimy podatki i chcemy móc korzystać z tego terenu
- przepiękny naturalnie teren miałby zostać "uprzemysłowiony" turystycznie, nie ma na to zgody
Już widzę, gdyby podobne argumenty wysunięto w Polsce. Byłoby "hurr lewaki durr kupcie sobie i wtedy sobie tam siedźcie"...
Moim pytaniem jest: co sądzi ematka, czy miasta powinny skupiać się na przyciąganiu turystów? Czy ruch turystyczny w mieście to pozytywne czy negatywne zjawisko? Jak to pogodzić?