allaround
19.07.19, 21:42
Jest niedawny post o oddaniu chorego dziecka. Ja jestem mama dziewczynki chorej na bardzo rzadki zespol genetyczny, mamy od niedawna diagnoze. Generalnie ciaza i pierwsze miesiace to byla gehenna, bo ja wiedzialam, ze coreczce cos jest. Tymczasem wiekszosc (praktycznie wszyscy) lekarze bagatelizowali to, wrecz wysmiewali mnie, ze szukam dziecku choroby. Zwiedzilismy dziesiatki lekarzy i wydalismy duze pieniadze by wreszcie miec diagnoze. Gdy przyszyly wyniki to byly najgorsze chwile mojego zycia. Zalamalismy sie z mezem. Zadzwonilam do mamy i powiedzialam jej, ze nie mam sily zajmowac sie chorym dzieckiem, ze nie dam rady i ze moze lepiej bedzie oddac coreczke. Mama tez plakala i mowila, ze mnie rozumie i ze musimy dac rade. Za kilka dni w smsach zmieszala nas z blotem, dowiedzialam sie, ze ta rozmowa byla na glosniku i slyszal ja moj ojciec i brat. Napisala ze zrywaja z nami kontakt jesli to zrobimy, ze powinnismy z mezem sie przebadac bo to nam brakuje genow, ze im wstyd za nas itd. Od tego czasu nie mamy kontaktu. Oczywiscie nie mielismy zamiaru oddac coreczki, kochamy ja nad zycie. Teraz nasze dni to rehabilitacje i dojazdy na nie, lekarze itd. Nie mam nawet czasu myslec o rodzicach, ale czasem nachodzi mnie mysl, ze to jakis koszmar ze stracilismy kontakt. Ja mam wielki zal i na razie nie mam gotowosci by sie odezwac pierwsza. Oni sie bardzo zmieniaja na starosc, poza tym relacje nigdy nie byly dobre miedzy nami. Uwazacie, ze naprawde popelnilam taka zbrodnie? Ja teraz dobrze funkcjonuje, biore leki od psychiatry, mam sile.