tarkatarka
23.08.20, 20:01
Obserwuję trend i on się nasila, to jest to trend podróżowania i spędzania czasu aktywnie oraz prezentowania wrażeń w internecie. Licytacje kto gdzie był, jak często wyjeżdża, oczywiście czym częściej tym lepiej.Jakiś kult podróżowania się pojawił, ja to widzę na każdym kroku. I tak się zastanawiam, czy osoba, która każdy weekend wykorzystuje na wypady lokalne i po świecie, chodzenie po górach, zwiedzanie miast, czy to nie jest nadmiar wrażeń? No bo ile można zmieścić w sobie zachwytów krajobrazami, budynkami, ciągłe bombardowanie się nowymi bodźcami, każdy weekend w innym łóżku/namiocie/hostelu, ileż można próbować "zapierających dech w piersiach" lokalnych przysmaków? Mam sporo takich znajomych w otoczeniu, zastanawia mnie co ich tak pcha w świat?
Ostatnio spotkałam się z koleżanką, która tak właśnie spędza czas, coś ją pcha do wyjazdów, uwielbia, uwielbia, uwielbia - tak twierdzi. Oglądamy zdjęcia, po godzinie już mylą mi się miejsca, kolory, jeziora, góry, zwłaszcza góry. Dzieci też uwielbiają, 10 latek i 16 latka, pasjami wprost kochają podróże i są ciekawe świata i chłoną krajobrazy, wchodzą na szczyty ze śpiewem na ustach. No, podziwiam, fajne dzieci, od samego patrzenia jestem zmęczona. Potem rozmawiam z córką, która spędziła czas z tymi dziećmi, okazuje się, że rozmawiali o chodzeniu po górach i wyjazdach, oni tego nienawidzą, zwłaszcza starsza córka, twierdzą, że rodzice ich ciągną za sobą a oni nie mają nic do powiedzenia. Chłopak powiedział, że jest padnięty po każdym wyjeździe i marzy o spotkaniu z kolegami i świętym spokoju.
Tak tylko chciałam się podzielić, ja też byłam ciągnięta przez ojca w absurdalne wyjazdy, na wspomnienie do dziś mi się flaki wywracają.