trampki-w-kwiatki
08.03.21, 11:44
Wątek amerykanki i moje ostatnie osobiste doświadczenia natchnęły mnie do napisania tego posta. Hamerykanka opisuje sytuację, w której ma duży problem w odmowie ewidentnie wykorzystującej ją osobie (jakiejś pseudohodowczyni czy komuś takiemu). Wkleja screena wymiany zdań, w której tłumaczy się jakiejś obcej babie z tego, nie nie zamierza brać na swoje barki jej problemów, wyrażając przy tym, że jednocześnie jest jej przykro oraz tłumacząc się niepotrzebnie (że pies zjadł córce buty, że w związku z tym ma dodatkowe wydatki etc.), tak jakby NIE nie było wystarczającym argumentem.
Do rzeczy, bo nie o Hamerykance miał być ten wątek a o asertywności, z którą ostatnio sama mam jakiś problem.
Generalnie nigdy nie miałam żadnego problemu z tym, żeby powiedzieć NIE. Nie kajałam się, nie wymyślałam powodów z tyłka, nie kłamałam. Po prostu mówiłam "nie, bo nie chcę" albo "nie, mam inne plany". A ostatnio przyłapałam się na tym, że coś mi się niedobrego porobiło. Pomagałam pewnej osobie, obcej osobie dodam, którą poznałam przypadkiem i której chciałam i mogłam do pewnego stopnia pomóc bez zbędnego rozkminiania co ona z tą pomocą uczyni. Od siebie podarowałam jej pewne rzeczy codziennego użytku, których potrzebowała, zorganizowałam ich transport, zebrałam inne rzeczy od przyjaciół. Przede wszystkim jednak ogarnęłam dla niej pomoc systemową, czyli przez kilka dni obdzwaniałam instytucje, świadczące pomoc osobom w tej konkretnej sytuacji oraz uruchamiałam swoje znajomości, żeby "pchnąć" jakieś jej sprawy w urzędach. Dałam jej te kontakty, numery telefonów do instytucji, umówiłam wizyty. Miała skorzystać. No na tym miał być koniec mojej pomocy. Skorzysta z tego albo nie skorzysta, to już sprawa tej osoby, wszak za kogoś życia nie przeżyję.
Ale nagle doszło do jakiejś eskalacji potrzeb z jej strony, pierdyliarda esemesów o tym jak to ona się źle czuje, jak potrzebuje tego i siamtego, a to pożycz mi 50 złotych na to, a to czy mogę przelać jej trzy stówy do środy na jakiegoś prawnika, a to przywieź mi proszę dokumenty z dworca. Na moją odpowiedź "Nie" zaczęłam otrzymywać wiadomości typy "a dlaczego nie? przecież masz czas/ pieniądze/ zasoby/ znajomych/ cokolwiek".
W końcu pieprznęłam tym w cholerę. Finalizuję rozpoczęte działania pomocowe, ale esemesików nie odbieram, na próby nagabywania na rozmówki i psiapsiółkowanie nie odpowiadam. Oczywiście czuję się z tym fatalnie i żałuję, że w ogóle chciałam komukolwiek pomóc.
I teraz pytanie. Co tu się, do cholery, porobiło? Dlaczego dałam się wmanewrować w jakieś tłumaczenie się obcej osobie z mojego wolnego czasu, pieniędzy i innych spraw? Dopiero wątek Hamerykanki mocno mnie otrzeźwił i spowodował, że przestałam czuć dyskomfort, że odmawiam, nie odpisuję, ignoruję rzewne wiadomości o tym, że jakaś obca osoba ma jakieś tam problemy.