Właśnie mam ostatni dzień wakacji i nastrój mam dość, powiedziałabym, żałobny.
Nie czuję się bardziej wypoczęta niż te 12 dni temu. Właściwie, to chyba dawno utraciłam zdolności prawdziwego odpoczywania, świadomości i bycia "tu i teraz" - co jest dość żałosne, biorąc pod uwagę, że miałam te cechę wyjątkowo mocno rozwinięta jako nastolatka i na studiach.
A teraz tylko pęd, upierdliwa potrzeba kontrolowania upływającego czasu i tworzenie list zadań do odhaczenia.
Najlepiej mi gdy dostanę wycisk fizyczny - im bardziej ekstremalny tym lepiej. Gdy nie ma to moje serduszko płacze i pocieszam się codziennym bieganiem, którego szczerze nienawidzę - z każdym dniem biegania bardziej.
Zauważyłam też, że przez pandemię pogłębiła mi się mizofonia, hejt do gatunku ludzkiego i mam jakis taki klaustrofobiczny stres gdy nagle znajdę się w tłumie.
Jak sobie radzicie z takimi rzeczami?
Tylko błagam, nie piszcie mi, że "jak będziesz miała dzieci to(...)". Obserwuję rodziny z dziećmi na wakacjach - to jakiś koszmar.
No to se ponarzekałam, teraz możecie po mnie jechać.
Idę pływać.
PS Cały wlosing o kant dupy w obliczu słońca, słonej wody i codziennego wymywania piasku z głowy - włosy to suche siano i żadne delikatne szampony, maski emolientowe ani rasayana triphala nie pomagają. Opalił mi się też przedziałek i mam wrażenie że tam zaraz wyłysieję.
Medal z ziemniaka tej, która powie, jak skutecznie dbać o włosy na wakacjach! (Zastosuję za rok, o ile dożyję...)