aguar
15.07.21, 08:47
Trochę w nawiązaniu do wątku Kury. Tak sobie czasem myślę, że aktualnie wiele kobiet, w tym ematek bardzo chętnie łyka hormony tarczycy, a boi się HTZ. Dlaczego tak jest?
Mam tu na myśli te sytuacje, kiedy są stosunkowo lekkie objawy typu jestem senna, nic mi się nie chce, mało jem a tyję, wypadają mi włosy i tsh między 3 a 4, i te kobiety bardzo dążą, aby im rozpoznano Hashimoto i przepisano Euthyrox (pomijam tu te z poważnymi objawami i tsh dwucyfrowym, to nie o nich). A z drugiej strony dziewczyny opisują dość dokuczliwe objawy klimakteryjne uderzenia gorąca, poty, bezsenność, rozdrażnienie i starają się to wytrzymywać, nie chcą HTZ, bo to hormony. Chodzi mi o to, że jedno i drugie to mniej więcej to samo (antykoncepcja to trochę inna sprawa, więc o niej nie piszę) - bierze się hormony, które kiedyś wytwarzał nasz organizm, a teraz już ich nie produkuje w takiej ilości jak dawniej, aby się czuć właśnie jak wcześniej. Mi się właśnie trochę groźniejsze nawet wydaje branie tego Euthyroxu przy tsh w normie, bo czasem to jest wprowadzanie się w lekką nadczynność, bo niektórym tak jest fajniej (np. jak na haju, po alko itd.)
Ale to jest cacy a HTZ - be! Skąd taka mentalność?