Trzy dni temu opustoszało u nas gniazdo na werandzie. Nie wiem, jaki to był ptaszek. Mama zniosła trzy jajeczka, potem się wykluły. Po raz pierwszy obserwowałam tak dokładnie ten proces u ptaków. Na początku było nudnie, w zasadzie siedziała na tych jajkach i tyle, czasem gdzieś poleciała. Później było ciekawiej, jak się pisklaki wykluły. Nie wiem, czy macie wyobrażenie, jak to wygląda. Ptasia mama fruwała z tymi dżdżownicami. Nie, to nie było fruwanie, sorki, to był ostry zapierdziel. Tam i z powrotem. Ile się ta bidulka nalatała, aż podziw, skąd miała tyle energii. A te pisklaki wieczne głodne i te dzióbki otwarte. Było u nas kilka super wiosennych dni, więc większość czasu siedziałam wtedy na patio i obserowowałam tę harówkę. Oczywiście jej faceta nie było w pobliżu, gdzieś sobie tam beztrosko fruwał, a ona zaiwaniała ile wlezie.
Nie jest łatwo być mamą, nawet jak się ma skrzydła.
Wszystkiego Najlepszego