verena0
01.06.22, 22:35
Mój partner od wielu lat ma depresję. Kiedyś, przed naszym poznaniem wiele lat brał leki na depresję, później odstawił, nie bierze ich od ponad 6 lat. Uważam, że z roku na rok jest coraz gorzej, wpływa to na jego kondycję, tkwi w nielubianej przez siebie pracy a nie zmieni jej, bo to nic nie da, itd. Choroba blokuje jego działania, a brak sukcesów sprzyja jej pogłębianiu, takie perpetum mobile. Odmawia pójścia na terapię, przyjmowania leków, bo jak twierdzi, przestał brać bo szkodziły mu na trzustkę, jednak myślę że nawet jeśli tak było, to przez tyle lat rynek farmaceutyczny ruszył do przodu i jest wiele innych możliwości, jakoś miliony ludzi biorą latami leki na depresję i im trzustki nie rozwala. Przez jego funkcjonowanie leci też nasz związek i szczerze mówiąc jestem u kresu sił. Poświęciłam dużo energii na wspieranie go. To cudowny facet, mądry, wrażliwy, jednak, to wszystko znika teraz, jest zniechęcenie na totalnie wszystko. Mowi, że tylko osoba syna trzyma go przy życiu. Ja już mam dość, myślę o rozstaniu, jednocześnie nie chce tego robić. Gdyby wziął leki, poczulby się lepiej, to by też wpłynęło pozytywnie na nasze relacje. Co mi pozostaje? Szantaż? Może ktoś kto był w tej sytuacji albo po drugiej stronie coś mi podpowie. Mam wrażenie, że zrobiłam ile mogłam, ale nie chce by to było moim kosztem.