kotbieta
13.11.23, 09:19
Na ematce często pojawiają się psie tematy, wiele tu ekspertek od tych zwierząt. Raz w życiu zajmowałam się psem. Na tydzień wprowadziłam się do koleżanki do domu. Ona w trybie nagłym do szpitala, nie miała z kim zostawić psa. Pies mieszkał w domu, moim obowiązkiem było wypuszczać go na ogród (nie miała tych "zaczarowanych drzwiczek", dzięki którym mógłby sam wychodzić), dawać karmę i wodę. Relatywnie niewiele obowiązków, ale po dosłownie dwóch dobach miałam psa dosyć i modliłam się, żeby koleżanka terminowo wróciła. Po prostu męczące były dla mnie te czynności wokół psa, a dodatkowo jakoś sam sobą nie potrafił się zająć i zamiast biegać i bawić się na ogródku wracał po załatwieniu potrzeby do domu, łaził za mną, szczeknął kilka razy, pałętał się między nogami i po prostu jego obecność była mocno dostrzegalna. Od tamtej pory nie jestem w stanie dobrze zrozumieć psiarzy, czemu to sobie robią. Dla mnie posiadanie psa to rodzaj masochizmu: pilnowanie wyjść na załatwianie potrzeb, spacery, dokarmianie, weterynarze, sprzątanie (nie znam domu z psem, w którym nie śmierdzi, nie jest bródno i nie ma kłaków). W zamian za co? No oczywiście oddanie większości psów, fajną interakcję od czasu do czasu i chyba tyle. Trochę mało na ten rachunek zysków i strat. (I nie: z dziećmi sytuacja nie jest analogiczna). Mam hipotezę, że to kwestia genetyczna. Są ludzie, którzy rodzą się z potrzebą krzątania się wokół czegoś (w tym wypadku psa) i tacy, dla których wygoda własna jednak jest ważniejsza. Ot takie rozkminy w poniedziałek.