mia_mia
13.01.24, 17:05
Moja mama jest panikarą, osobą, która żyje w przeświadczeniu, że dobrymi radami i przestrzeganiem wszystkich przed wszystkimi możliwymi czarnymi scenariuszami zapewni innym bezpieczeństwo i zdrowie. Niby się przyzwyczaiłam, na marginesie, co ciekawe kiedy byłam dzieckiem i nastolatką na szczęście w sumie pozwalała mi na dużo, ale od dawna czasem już nie mogę. Doszło do tego, że o niczym staram się jej nie informować, bo każdą bzdurę potrafi przetransformować w coś strasznego, np. o ładna dziś pogoda pójdę na spacer, a czy nie za późno, a czy tam ktoś chodzi, a dzików nie ma, wiatr jest uważaj, bo gałęzie mogą spadać
Wczoraj mówię, że jeśli nie zwolni się miejsce na obozie to zabiorę syna w góry. No chyba nie pojedziesz sama w góry (nie lubię jeździć zimą po górach, ale wiele razy to robiłam)!
Zaznaczę, że dużo podróżuję, podróżowałam nawet z niemowlakiem, po świecie, po Polsce samochodem, za każdym razem muszę wysłuchać litanii możliwych zagrożeń, zniechęcenia i czarnych scenariuszy.
Dziś w innej sytuacji musiałam ją oszukać, bo by mi truła. Ludzie, ja za kilka lat będę miała lat 50, zwykle to co robi i mówi olewam, bo co mam zrobić, wprost tez mówiłam wiele razy, nic nie daje, chyba bym z domu musiała nie wychodzić, żeby była spokojna, czuję się jak niesforna nastolatka. Oczywiście nie łudzę się, że się zmieni, ale musiałam się wyżalić, a może ktoś ma podobne przejścia z rodzicami?