Pojęcie pierwszy raz obiło mi się o uszy +/- 20 lat temu. Wtedy było raczej wyśmiewane, bo "od patrzenia na grubą osobę nie zachcesz być gruba i nie rzucisz się na chipsy". To pewnie te same osoby, na które reklama nie działa.

Obecnie jesteśmy w punkcie, w ktorym od lat w lansuje się sztucznie napompowane sylwetki, kobiety mieszczące się w rozmiar zaczynający się od 3 są uważane za chude, fat-influencerki przekonują, że norma BMI powinna być przesunięta do 27/28 lub że kontrolowanie tego co się je, to objaw zabużeń odżywiania - należy słuchać swojego organizmu i się roztyć, a ćwiczenie dla wyglądu i szczupłej sylwetki jest złe, ćwiczy sie tylko dla zdrowia i sprawności. To wszystko pod płaszczykiem samoakceptacji, buntu przeciwko nierealnym wzorcom (szczupłym, nie tym napompowanym) i odreagowaniu chudych sylwetek z przełomu lat 99/00 - chociaż większość fatinfluencerek nie może pamiętać tamtych czasów.
Tymczasem moja trzydziestoletnia koleżanka w rozmiarze 50 nie ma ciśnienia żeby coś że sobą zrobić, chociaż mówi że chciałaby schudnąć i wykupuje jakieś diety on-line, a później zamiast kawy zamawia jakiś twor kawopodobny z toną bitej śmietany i generalnie odżywia się cukrem, jednocześnie ciesząc się, że w przestrzeni medialnej pojawiają się większe kobiety. Aktualnie jadę metrem z otyłą młodą kobietą o figurze jabłka, wciśniętą w spodnie rurki i bluzkę kończącą się pod biustem (wiem, ematka nie zwróciłaby uwagi bo niech każdy ubiera się jak chce/klaskałaby w uznaniu za odwagę).
Czy uważacie, że rzeczywistość bądź "rzeczywistość", w której fajnie jest być grubą, to dobry kierunek?