zyciemniekocha2000
27.01.26, 20:48
Byłam na weekend u mamy w Warszawie. Mama mieszka w bloku z końcówki lat siedemdziesiątych. Spółdzielnia dba o budynek, jest on ocieplony, regularnie odnawiany, wymienione są okna i inne elementy.
Mieszkanie mamy jest niewielkie, ma 47 metrów kwadratowych, dwa pokoje z kuchnią i łazienką ( 4 pietro ) . W dużym pokoju było 24 stopnie przy około minus siedmiu stopniach na zewnątrz, a w małym pokoju, w którym spałam, aż 26 stopni, mimo że kaloryfery były zakręcone. Ciepłe były jedynie rury biegnące przez strop do góry.
To było prawdziwe szaleństwo, nie mogłam spać. Lekko uchylałam okno, choć wiało, żeby obniżyć temperaturę i wtedy spadała ona do około 21 stopni. U sąsiadki na dole sytuacja wygląda podobnie, temperatury powyżej 20 stopni również przy wyłączonych kaloryferach.
Na grzejnikach są podzielniki, wszyscy płacą dość wysoki czynsz, a zwroty za wodę i ogrzewanie są raczej symboliczne. W takich temperaturach nie jestem w stanie normalnie funkcjonować. Jestem przyzwyczajona do 18 lub 19 stopni w sypialni oraz 21 lub 22 stopni w salonie.
Zastanawiam się, co oni zrobili, że ten blok aż tak trzyma temperaturę i czy to ma sens takie przegrzewanie mieszkan.