kalafior_tez_kwiat
27.08.05, 11:42
Siedzę z synkiem w domu. Mała u rodziców. Mąż pojechał na ślub przyjaciela
(już wczoraj). I jestem wkurzona: wczoraj odezwał się dopiero wieczorem (po
1,5 godz. odpowiedział mi na sms, że "dojechał i jest mała imprezka"). Dziś
zadzwonił tak skacowany, że ledwo mówił (ciekawe jak poradzi sobie w roli
świadka)... Niby nic, bo w końcu pojechał na ślub, więc wiadomo jak jest, ale
po co mówił, że on ABSOLUTNIE nie będzie pił, bo nie może, bo jest świadkiem.
Ale nie tyle o to chodzi. Mam niestety wrażenie, że (przepraszam za
określenie) pies zerwał się z łańcucha... że dopiero teraz nabiera powietrza
w płuca, bo jest beze mnie i bez dzieci... Jestem wkurzona, jest mi przykro,
ale nie potrafię ukryć mojej złości i dziś rano przez telefon pokłóciliśmy
się... Jak Wy zachowujecie się w takich sytuacjach? I czy wogóle Wasz mąż
wyjeżdza gdzieś bez Was (oprócz delegacji oczywiście)? A może przeginam? Może
powinien częściej wychodzić sam? Tylko dlaczego do diaska ja zawsze mam
siedzieć z dziećmi?