Dla mnie nic nie zostało. Częstsze są chyba sytuacje że kobieta bez reszty
oddaje sie dziecku i zaniedbuje męża. Czuję sie jak inkubator, który spełnił
swoje zadanie i tyle. Próbuję sie do niego przytulać, całować, inicjować
zbliżenia. Ale on nie ma takiej potrzeby (dwa zblizenia przez 9 miesięcy).
Wielokrotnie próbowałam o tym rozmawiać, czuję że mamy problem, ale on go
bagatelizuje. Nie potrafi o tym rozmawiac poważnie. Żartuje sobie i rozmowa
spełza na niczym. Smutno mi, bo połączyła nas naprawdę wielka miłość, z
której teraz już chyba niewiele zostało. Zdaję sobie sprawę, że w każdym
związku wchodzi sie w kolejne, spokojniejsze fazy, zwłaszcza jak pojawia sie
dziecko, ale u nas zabrakłoby zwykłego buziaka na dzień dobry i na do
widzenia, gdybym tego uparcie nie pilnowała. Mój mąż z własnej woli i
potrzeby nie dotyka mnie i nie całuje- nie ma takiej potrzeby.
Jestem rozżalona ale nie zazdrosna. To miód na serce widzieć jak kocha naszą
córeczkę. Cieszę się, że przynajmniej jej umie okazać miłość. Smutno mi tylko
że ja stałam sie dla niego nieistotna.
No to sie wyżaliłam, pewnie zostanę wysłana z tym wątkiem w kosmos, na jakieś
kosmiczne forum