bogatachcebyc
03.03.06, 12:37
Taką dzisiaj spotkałam. Całkiem przypadkiem, poszłam z dzieckiem na pobranie
krwi. Córka ma 2 latka, do lekarza chodzi rzadko, po prostu jest zdrowa. Ale
ma niedowagę i lekarka kazała zrobić morfologię. Więc rano ściągam dziecię z
łóżka, łapanie siusiu do pojemnika, szybike ubieranie i biegiem do
przychodni. Dziecko bez śniadania, bo trzeba być na czczo, tylko ze shrekiem
pod rękę. W przychodni kolejki nie było, bo to juz prawie 11, tylko dwie
babki przed nami. Weszłyśmy do zabiegowego, a moje dziecię w ryk, bo dwie
panie w fartuchach( ma uraz po ostatniej wizycie u niezbyt miłej pani
doktor). Córka zanosi się od płaczu, ale przytrzymalam jej rękę i udało się
pobrać krew. Wyszłyśmy z gabinetu, a jedna z tych babek co była przed nami do
Dziecka, żeby nie płakała bo wszystkich uszy bolą, że ona też miała kłucie i
nie płacze. Do mnie z tekstem, że muszę dziecku tłumaczyć, bo ona już dużo
rozumie i nie powinna się tak zachowywać. Normalnie mialam ochotę jej
nabluzgać, ale ubrałam córkę i siebie i wyszłyśmy. Jak Wy mamuśki byście
zareagowały, czy tłumaczenie rozhisteryzowanemu dwulatkowi ma sens, czy
lepiej uspokoić i na spokojnie w domu tłumaczyć. Dodam, żę córka sama z
siebie dość szybko się usokoiła, ale nawet teraz po dwóch godzinach nie da
dotknąć rączki i cały czas się tuli.
Pozdrawiam i przepraszam że się rozpisałam