bogusia344
13.07.06, 08:38
Z moim mężem układało się wspaniale. Kochaliśmy się, szanowali, byliśmy
przyjaciółmi, kochankami a jednocześnie rodzicami. Pobraliśmy się sześć lat
temu. W 2005 roku wprowadziliśmy się do domu, który był owocem naszej
wspólnej pracy, kupiliśmy samochód. Dzieci rosły, czas płynął wydawałoby się,
że zycie jest bajką. Oboje pochodziliśmy ze skromnych biednych rodzin ale
mieliśmy marzenia, wiarę i chęć do życia. Nagle bańka prysła. 26 lutego
dzwoni teleon i dowiaduje się, że mąż miał ciężki wypadek samochodowy, leży
nieprzytomny w szpitalu i nie wiadomo czy przeżyje. Pojechałam do niego aby
trzymać go za rękę, dać mu siłę ale niestety obrażenia były tak liczne i
rozległe że nie dało się go uratować. Umiera 1 marca 2006 pozostawiając mnie
i dwie córki: 6 lat i 2 lata. Zycie zamienia się w szkołe przetrwania. Jeden
dzień smutku jest dłuższy od miesiąca radości.
Czy jest ktoś na forum kto przechodził przez podobne piekło , z kim
mogłabym porozmawiać?