mamamartynki1
12.08.06, 21:54
Miesiąc czekałam i żyłam wyjazdem choć na kilka dni nad morze z mężem i 2-
letnią córcią. Faktycznie wyjechaliśmy. Do 20 km było super (mimo deszczu)
córcia sie cieszyła,a potem choroba lokomocyjna . Kilka postojów i
przebieranie się. Ale to nic zaraz po pierwszym postoju wpadliśmy w poślizg
bo jakis dureń stanął od razu na zakęcie że nie było go widać a z naprzeciwka
jechał TIR. Mąż na hamulec a samochód w tango .Widziałam męża jak już
próbowal wjechac do rowu żeby nie zderzyć się z Tirem ale jakoś udało się >
Potem znowu wymioty córci i za Elblągiem na objeżdzie córka juz tak zaczęła
chawty że wręcz krzyknęłam do męża stój i się zatrzymaliśmy na wjeździe na
jakąś wioskę. Poczekaliśmy kilka minut i ruszyliśmy z 4 metry i samochód
siadł . Poprostu siadł nie że się zepsuł tylko poprostu koło wraz z półosią
się urwało na gładkiej drodze.
Nie wiem co by było jak byśmy pojechali dalej i to by się stało na ulicy
pełnej samochodów . Pewnie nie tylko my byśmy ucierpieli ale i inni też. Jak
nigdy tego dnia córka miała wymioty i może to jakaś opatrzność nad nami
czuwała że akurat się zatrzymaliśmy i stało sie to bez żadnego uszczerpku
przy prędkości 5km/h. Jeszcze ten wcześniejszy poślizg jakby ostrzeżenie.
róciliśmy wię do domu sholowani do domu i tyle z naszych wakcji.