Gość: guest
IP: *.*
19.10.01, 08:31
Cześć, Mam nadzieję, że nie pozostanę bez odzewu...Moim problelmem jest teściowa. Pobraliśmy się w dwa miesiące temu. Wcześniej znaliśmy się trzy lata.NIe było to małżeństwo z "konieczności" ( nie byłam w ciąży) - mam nadzieję, że nikogo nie uraziłam!- piszę to aby lepiej naświetlić sytuację. Jego matka na dzień dobry - nie polubiła mnie. Jej niechęć rosła razem z tym jak coraz bardziej zbliżaliśmy się do siebie i spędzaliśmy razem więcej czasu. ( Ona jest sama - najpierw się rozwiodła, zabrała dzieci i pojechała do mamusi - 100km dalej( maż rozpaczał), a później jak chciała wrócić - i ptrzyjechała z dziećmi - to niestety jej mąż zmarł. Została sama z dwoma synami 8 i 12 lat)Mówiła, że mnie nienawidzi, obgadywała przy każdej okazji, mówiła kłamstwa i to co jej się wydawało ( np. wyjeżdżałam czasem w delegacje ( zw. z pracą) - jako tłumacz - więc ona mówiła mojemu mężowi - że na pewno się puszczam...itd)W końcu zaczęliśy mówić o ślubie. Ona udawała, że o niczym nie wie. Spędzaliśmy godziny(!!!!!!!!!!!!) na rozmowach z nią i ustalaniu szczegółów- a ona po kilku dniach, gdy wracaliśmy do tematu - mówiła - ślub? - ja nic nie wiem. Wiedziałam, że bardzo tego nie chciała.Ale w końcu to nie jej życie - tylko nasze. Przed ślubem mówiła, że mnie nienawidzi, że wcale nie przyjdzie... ( przyszła oczywiście - z łaską wielką ale dobrze ukrytą). Z resztą i tak by przyszła - z uwagi na to, że inaczej rodziana by ją obgadywała.Powiedziała, że tak mnie nienawidzi, że gdyby nie bała się kościoła i sądu to by mnie otruła. I, żę zrobi wszystko aby to małżeństwo rozbić....Jak jej powiedziałm, że wiem o tym, co powiedziała i o innych rzeczach - to się zapierała, że to nieprawda. A przecież nawet mój mąż potwierdził, że to słyszał.W końcu był ślub... sami wszystko zorganizowaliśmy - i wyszło super. Gdy goście chwalili uroczystość- ona chwaliła siebie. Że to jej zasługa, że wspaniale wychowała dzieci, że tak się napracowała przed ślubem...., w końcu gdy goście mówili dobrze o mnie, to ona mówiła tak tak, to ja mu doradzałam, żęby się z nią ożenił, to taka dobra dziewczyna i wykształcona i zna języki...Podła obłudna baba.No i zamieszkaliśmy razem. Razem - znaczy z nią... Mamy dom, a w tym domu najmniejszy pokój- bo ona musi mieć największy. Ona chciała decydować o wszystkim. Jakie meble kupimy, jaki dywan jakie firanki, co będziemy jeść ( ona gotuje obiady, bo tak jest lepiej i jest przyzwyczajona), a później pewnie będzie decydować jak mamy wychowywać dziecko. Póki, co uważa, że nie powinniśmy go mieć ( i modli się o to, bo to " nipotzrebne i najgorsza rzecz jaka mogła by ich spotkać..."). Dla porządku dodam, że meble kupiliśmy sami, bez jej pomocy i nie takie jak sobie życzyła "sugerowała".Nawet kochać się nie możemy, bo przeszkadza jej jak telewizor gra ( swoje łóżko ma tuż pod naszymi drzwiami.)Robi dokładnie to, co ja, np. jak ja upiekę ciasto, to ona na drugi dzień upiecze dwa ( dosłownie!). itd.. itp...Mam wrażenie , że jakby mogła to by mężowi wskoczyła do łóżka. Jest wiecznie chora i boli ją głowa. Jak gra telewizor - to rano dowiadujemy się, że ona "całą noc nie spała".Jak ja włączam wodę, żeby się wykąpać ( terma) - to ona wyłącza ją no bo "nie wiedziała, po co ktoś ją włączył".Przy innych jest dla mnie przemiła ( cukier w lukrze). Głos - ton głosu ma jakby umierała.Mam tego dosyć.Ona nawet do tej pory nie wiedziała, co to jest fryzjer i puder - a teraz jak widzi, że ja się maluję, czy czasem chodzę do fyzjera - to i ona kupiła puder ( itd..) a co do fryzjera - to mówi do mego męża, że powinien jej dać pieniądze. Konkurencja?mam tego dosyć.po mału czuję jak zapadam na jakąś chorobę psychiczną... czuję się beznadziejnie,nie potrafię znaleźć rozwiązania. Zamykam się w sobie,czuję jak moja agresja narasta. Czasami mam ochotę wykrzyczeć wszystko,ale nie robię tego. Rozmawiam o tym tylko z bratową, która mówi, że nigdy by nie chciała z nią mieszkać. Chce mi się płakać. jestem rozdrażniona...Nie lubię towarzystwa ludzi, którzy mnie nienawidzą i udają, że tak nie jest. Nienawidzę dewotek słuchających radia Maryja, które gdyby się nie bały... to by mnie otruły. Nienawidzę takiej obłudy i zakłamania i czuję jak od tego robię się chora.Większość kłótni, między mną i mężem wybucha przez nią... bo ja choć przysięgam sobie, że się nie będę odzywać ( na jej temat - zeby nie prowokować kłótni)to czasem nie wytrzymam i powiem mu co ona znowu powiedziała, co zrobiła.On się denerwuje ( rozumiem go). Ona nawet próbuje nastawiać mnie przeciwko niemu - niby mimochodem zwraca moją uwagę na coś, co jest bardzo ważne ( i robi to dla mego dobra.) przestałam z nią w ogóle rozmawiać.skoro jednak nastawia mnie - to na pewno i jego - i tu znowu powstają spięcia...Ona niszczy nasze małżeństwo, jest "toksyczna". Ona mówi _ tak nam było z Synem dobrze, a później zjawiła się ona..( czyli ja).Co robić?Mój mąż nie zrozumie o co mi chodzi.... a nawet jak zrozumie to znowu się pokłócimy i on będzie myśłał, że to z nim jstem nieszcześliwa.Rozumiem, że matka jest dla niego ważna... ale...Wyprowadzenie się od niej raczej nie wchodzi w grę, chociaż ostatnio jej zagroziłam , że jeśli będzie rozmawiać z mężem ( moim) za moimi plecami i nastawiać go przeciwko mnie swoim głupim gadaniem, to się wyprowadzimy.Ona pochodzi ze wsi i to widać ,słychać.... Lubi plotki.Cokolwiek robi - zawsze w tajemnicy przed nami...Ja już dłużej nie mam siły tak żyć, już nie mogę....Co robić????